Linki

 

An-arche.pl

MA

 



Kapuściński-Gwatemala-RFN PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
Niedziela, 05 Kwiecień 2009 15:33

 

Ryszard Kapuściński

 

"Dlaczego zginął Karl von Spreti"

 

 

1.

 

Gwatemala nie jest krajem wiecznej wiosny - jest krajem wiecznej tyranii. Jesteśmy ludem gnębionym i zmuszonym do milczenia. Ludem zamkniętym w sobie, który nie rozmawia i nie śpiewa: nasze milczenie składa się z pieśni, których nie wolno nam było wyśpiewać. Na naszej smutnej ziemi pogodna pieśń zabrzmiałaby jak wystrzał.

 

Luis Cardoza y Aragon

 "Guatemala - las lineas de su mano"

 

Zdaję sobie sprawę, że reportaż ten zawiera strony szokujące, uważam więc za konieczne powiedzieć, że każde jego zdanie jest oparte na dokumentach, a moje wrażenia osobiste stanowią tylko marginalną część całości.

 

Jest to reportaż o porwaniu i śmierci hrabiego Karla von Spreti, ambasadora NRF w Gwatemali. Ale nie tylko o tym. Jest to również reportaż o zbrodni jako narzędziu panowania. A także o mechanizmach intensyfikacji terroru w kraju, w którym inne metody rządzenia i dominacji kolonialnej są już niemożliwe.

 Z powodu zabójstwa hrabiego von Spreti Gwatemala stała się na kilka dni krajem głośnym. Wyjątkowa to była sytuacja. W rzeczywistości prawdziwi mordercy pracują w tym kraju po cichu, a lokalna propaganda dba o to, żeby żaden krzyk nie dotarł do uszu człowieka z Europy, Afryki czy z samej Ameryki Łacińskiej.

 Hiszpański, socjolog Juan Maestre nazywa Gwatemalę "Wietnamem Ameryki Środkowej". I to jest Wietnam, tyle że na mniejszą skalę. Poza tym to jest Wietnam, do którego Stany Zjednoczone nie chcą się przyznać, żeby nie stwarzać zaraźliwego i kłopotliwego przykładu narodu walczącego o wolność wewnątrz strefy panowania Waszyngtonu. Ale mechanizm i sens wojny domowej w Gwatemali są takie same jak w Indochinach.

 

Ofiarą tej wojny padł hrabia von Spreti. Ofiarą logiczną, daleko nie pierwszą i daleko nie ostatnią. Już w pierwszej scenie jest cała Gwatemala:

 

Wtorek, 31 marca, dwunasta z minutami w południe. Aleją, która nazywa się Avenida de las Americas, jedzie czarny mercedes.

Za kierownicą:

- szofer Eduardo Hernandez.

Z tyłu:

- starszy, siwy pan w okularach: hrabia Karl von Spreti, ambasador NRF.

Jadą wolno, tydzień temu ograniczono w mieście szybkość do 30 kilometrów na godzinę. Kto będzie gazować co koń wyskoczy, może być ostrzelany. Hrabia jest w Gwatemali dopiero trzeci miesiąc i wierzy, że przepis to jest przepis. W pewnym momencie z bocznej ulicy wyjeżdżają dwa volkswageny i blokują mercedesowi drogę. Wóz ambasadora staje. Z volkswagenów wysiada sześciu młodych ludzi uzbrojonych w automaty. Podchodzą do mercedesa, otwierają drzwiczki i proszą hrabiego, żeby przesiadł się do nich. Von Spreti wykonuje polecenie. Po chwili dwa garbusy odjeżdżają. Hernandez czeka, aż samochody znikną. Włącza bieg i wraca tą samą aleją do ambasady.

 

Na czym polega sens tej sceny?

 

Na tym, że Avenida de las Americas jest ulicą ruchliwą. Dużo tu samochodów i pełno ludzi. Porwanie hrabiego musiało zająć trochę czasu. Teoretycznie można by oczekiwać, że ktoś się zatrzyma, zacznie się przyglądać, coś powie, coś krzyknie, pogna na policję. Można by oczekiwać, że zrobi się zbiegowisko. Że jakiś bardziej dociekliwy człowiek zapyta: "Chwileczkę, koledzy, o co właściwie chodzi??"

 

 

Ale - nie, nic z tych rzeczy. Ruch odbywa się normalnie, tyle tylko, że szybciej. Kierowcy dodają gazu, kto idzie chodnikiem, przyspiesza kroku. Dla ludzi, którzy mijają dwa volkswageny blokujące mercedesa, jest teraz najważniejsze, żeby nie widzieć. Ci ludzie wiedzą, że są świadkami jakiegoś naruszenia, a w Gwatemali taktyka samoobrony człowieka z ulicy polega na tym, żeby nie być świadkiem niczego. Bo jeżeli było naruszenie, jakaś głowa musi polecieć. Ale rzadko jest to głowa sprawcy. Prawdziwy sprawca działa poza zasięgiem policji. A policja musi wykazać się sprawnością. Ten kraj nie zna wypadku, żeby winny nie został ujęty. Jest to podkreślone w każdym przemówieniu prezydenta. Ale jak ująć winnego, skoro gdzieś się zapadł, nie zostawił śladu? Nic to, trzeba tylko odrobiny dobrej woli. Nie mając winnego, szukają świadków. Świadek zostanie zatrzymany do wyjaśnienia. Zatrzymani do wyjaśnienia czekają w więzieniu. Ale kto raz wchodzi do więzienia najczęściej, już żywy nie wraca.

 

Jeżeli policja nie znajdzie przestępcy, świadek staje się przestępcą, ponieważ: widzieć może oznaczać: brać udział. Prawda, że jest to tylko uczestnictwo wzrokowe, ale jednak jest to uczestnictwo. Widział i milczał. Dlaczego milczał? Bo był jednym z nich. Albo: widział i krzyczał. Dlaczego krzyczał? Żeby zmylić ślad. W każdym wypadku wina świadka zostaje dowiedziona. I w końcu nie jest ważne, żeby zginął ten, który zabił. Chodzi o to, że jakiś jeden zabił, więc jakiś drugi musi zginąć. Zbrodnia i kara mają w tym kraju twarze szare, anonimowe, których nie sposób od siebie odróżnić. Ale skoro za winy odpowiadają niewinni, mogę zginąć, ponieważ nie zabiłem. W ten sposób, kto bardziej niewinny - tym bardziej winny. I dlatego: kto bardziej niewinny - tym więcej się boi.

 

Ryszard Kapuściński

 

2.

 

Sześciu młodych guerrilleros uwiozło w nieznane Karla von Spreti i na kilka godzin w mieście zapadła cisza.

 

Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tzw. głośnym momentom, a za mało badają okresy ciszy. Jest to brak intuicji, tak niezawodnej u każdej matki, kiedy usłyszy, że w pokoju jej dziecka raptem zrobiło się cicho. Matka wie, że ta cisza oznacza coś niedobrego. Że jest to cisza, za którą coś się kryje. Biegnie interweniować, ponieważ czuje, że zło wisi w powietrzu. Tę samą funkcję spełnia cisza w historii i w polityce. Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często - przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym, jak szczęk oręża czy przemówienie na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełu towarzyszyło milczenie. Zwróćmy uwagę, jak pielęgnował ciszę każdy kolonializm. Z jaką dyskrecją pracowała Święta Inkwizycja. Jak bardzo unikał reklamy Leonidas Trujillo.

 

Jakaż cisza emanuje z krajów przepełnionych więzień! O państwie Somozy - cisza, o państwie Duvaliera - cisza. Ile wysiłku poświęca każdy z tych dyktatorów, aby utrzymać idealny stan ciszy, którą coraz to ktoś próbuje naruszyć! Ile ofiar z tego powodu i jakie koszta! Cisza ma swoje prawa i wymagania. Cisza wymaga, żeby obozy koncentracyjne budować w miejscach odludnych. Cisza potrzebuje ogromnego aparatu policji. Potrzebuje armii donosicieli. Cisza żąda, aby wrogowie ciszy znikali nagle i bez śladu. Cisza chciałaby, żeby jej spokoju nie zakłócał żaden głos - skargi, protestu, oburzenia. Tam, gdzie rozlegnie się tak głos, cisza uderza z całej siły i przywraca stan poprzedni - to znaczy stan ciszy.

 

Cisza ma zdolność rozprzestrzeniania się i dlatego używamy takich określeń, jak "wokół panowała cisza" albo "zalegała powszechna cisza". Cisza ma również zdolność przebierania na wadze i dlatego mówimy o "ciężarze ciszy", tak jak mówimy o ciężarze ciał stałych lub płynnych.

 

Słowo "cisza" łączy się najczęściej z takimi słowami jak "cmentarz" (cisza cmentarna), "pobojowisko" (cisza na pobojowisku), "lochy" (lochy wypełniała cisza). Nie są to zestawienia przypadkowe.

 

Dzisiaj mówi się dużo o walce z hałasem, a przecież walka z ciszą jest ważniejsza. W walce z hałasem chodzi o spokój nerwów, w walce z ciszą chodzi o ludzkie życie. Kogoś, kto robi dużo hałasu, nikt nie usprawiedliwia i nie broni, natomiast ten, kto zaprowadza ciszę w swoim państwie, jest chroniony przez aparat represji. Dlatego walka z ciszą jest tak trudna. Żeby przełamać ciszę w kraju Duvaliera - potrzeba rewolucji. Kto by chciał przełamać ciszę, w jakiej United Fruit Company dokonuje swoich machinacji, mógłby ściągnąć na swój kraj interwencję US Marines.

 

Byłoby ciekawe, gdyby ktoś zbadał, w jakim stopniu światowe systemy masowego przekazu pracują w służbie informacji, a w jakim - w służbie ciszy i milczenia. Czego jest więcej: tego, co się mówi, czy tego, co się nie mówi? Można obliczyć liczbę ludzi pracujących w dziedzinie reklamy. A gdyby obliczyć liczbę ludzi pracujących w dziedzinie utrzymania ciszy? Których byłoby więcej?

 

Jeżeli w Gwatemali nastawiam lokalną radiostację i słyszę tylko piosenki, reklamę piwa oraz jedyną wiadomość ze świata, że w Indiach urodzili się bracia syjamscy, wiem, że ta radiostacja pracuje w służbie ciszy. W służbie ciszy pracują kolejni dyktatorzy tego kraju, ich protektorzy z Miami i Bostonu, lokalna armia i policja. Dlatego Eduardo Galeano zaczyna swoją książkę o Gwatemali ("Guatemala - pais ocupado") od zdania: "Gwatemala, podobnie jak cała Ameryka Łacińska, jest ofiarą spisku milczenia i kłamstwa". W istocie - w dziejach tego kraju raz po raz zapadają długie okresy ciszy.

 

 

 

Republika Gwatemali powstała w momencie wielkiego nieszczęścia: w Ameryce Środkowej panowała wtedy epidemia cholery. Swój szczyt epidemia osiągnęła w 1837 roku. Pustoszały miasta i wioski. W rowach przydrożnych leżeli martwi ludzie, których śmierć dopadła w czasie ucieczki. Ten motyw zwłok porzuconych przy drodze będzie towarzyszył aż do dzisiaj całej historii Gwatemali. Gubernatorem prowincji Gwatemali wchodzącej wtedy w skład Federacji Środkowej Ameryki był liberał i zwolennik reform - Mariano Galvez. Galvez tworzył brygady grabarzy, które chodziły od wioski do wioski grzebać zmarłych. Szefem jednej z takich brygad został młody Metys nazwiskiem Rafael Carrera. Carrera był pastuchem, a potem handlarzem świń. Naokoło szalała zaraza, Carrera widział wszędzie śmierć. Chodził do kościoła, w kościele księża mówili, że zarazę sieją liberałowie i demokraci, którzy trują wodę w studniach i rzekach, żeby wygubić Indian i Metysów. Księża nienawidzili liberałów, ponieważ liberał Galvez chciał zakładać świeckie szkoły i próbował okroić majątki kościelne. Kościół w Gwatemali był fanatycznie reakcyjny, ciemnogrodzki.

 

Carrera, przejęty tą propagandą, postanowił urządzić świętą wojnę. W pierwszym okresie jego armia okładała się z 14 grabarzy - bosych, półnagich Indian uzbrojonych w stare muszkiety. Armia ta poszła na stolicę, w trakcie tego marszu przyłączały się do niej nowe brygady grabarzy. Na czele pochodu trzech zakonników niosło drewniane krzyże. Taką kolumną, śpiewając pieśni nabożne i rabując, co się dało po drodze, grabarze dotarli do celu i po krótkim boju zdobyli miasto. W pałacu Galveza Carrera znalazł jego mundur generalski, w który się zaraz przyodział. Przez długi czas nie mógł wszakże zdobyć butów. Już w mundurze, ale jeszcze na bosaka, ogłosił się prezydentem Gwatemali. W 1838 roku oderwał Gwatemalę od federacji i utworzył osobne państwo.

 

Został prezydentem mając 23 lata. Rządził Gwatemalą przez 27 lat, aż do śmierci. Do końca życia nie nauczył się czytać i pisać. Był obsesyjnym bigotem i nałogowym pijakiem. Pijany, kładł się w kościele krzyżem i w tej pozycji zasypiał. Podejrzliwy, ponury, ciągle skacowany, nie pozwalał uśmiechać się w swojej obecności.

 

Uśmiechniętych wysyłał na egzekucję.

 

"Ofiarą reżymu Carrery - pisze historyk Fred Rippy - padła nieskończona liczba ludzi". Nieskończona. Ale ilu dokładnie - nie wiemy. 10 tysięcy? 100 tysięcy? Gwatemala miała w tych latach mniej niż milion mieszkańców. Czy Carrera zmniejszył stan ludności o połowę, czy tylko o jedną czwartą?

 

Nie wiemy, bo Carrera, tworząc Gwatemalę, zaprowadził od razu obyczaj przestrzegania ciszy. Zamienił kraj w "wielki obóz koncentracyjny pracujący dla arystokracji i kościoła" (Cardoza y Aragon). Carrera zmarł pijany, w straszliwych konwulsjach. Jedni piszą, że z dyzenterii, a drudzy, że ze strachu, kiedy zobaczył diabła. Kościół urządził mu wspaniały pogrzeb. Przy prawym boku tyrana leżała szpada wykładana diamentami, którą ofiarowała mu królowa Wiktoria. Była to nagroda za gest Carrery, który w 1859 roku oddał Wielkiej Brytanii piątą część Gwatemali - prowincję Belize, zamienioną następnie w angielską kolonię, znaną pod nazwą British Honduras.

 

Następcą Carrery został Vincente Cerna. Też tyran, ale ponieważ mniej pił i starał się nauczyć czytać, historycy dają mu wysoką notę. Po sześciu latach rządów Cerny, w 1871 roku, w roku Komuny Paryskiej, 36-letni generał Rufino Barrios dokonał przewrotu i objął władzę na lat czternaście. Nowy prezydent konfiskował biskupom ziemię i domy, które rozdawał swoim znajomym (w owych czasach połowa zabudowań i posesji na terenie stolicy Gwatemali była własnością zakonów).

 

 

 

Barrios uważał, że największym nieszczęściem Gwatemali są Indianie, wówczas 90 procent społeczeństwa. Sołtysom indiańskim kazał się cywilizować i zmuszał ich do noszenia fraków. Sołtysi próbowali bojkotować zarządzenie, ale kto sprzeciwiał się rozkazom Barriosa, był ścinany. W końcu prezydent przestał interesować się Indianami. Uznał, że są "podłej i niskiej kondycji" i że tylko imigracja z Europy może uczynić z Gwatemali kraj nowoczesny. Barrios sprowadzał Włochów, Szwajcarów, Francuzów. Sprowadził 400 Niemców. Niemcy zaczęli stopniowo monopolizować główne bogactwo Gwatemali - kawę. Kawa była dotychczas jedynym źródłem utrzymania dużej części miejscowego chłopstwa. Teraz Niemcy, wspierani przez wojsko Barriosa - w którym wielu oficerów też było Niemcami - zaczynają rugować chłopów i zakładają wielkie plantacje kawy. Ale kawa potrzebuje dużej ilości rąk do pracy, więc Barrios wydaje w 1880 roku ustawę o włóczęgostwie (Ley de Vagancia), która jest w praktyce ustawą wprowadzającą niewolnictwo: każdy policjant czy żołnierz ma prawo złapać idącego drogą Indianina (idzie drogą - więc włóczęga) i skierować go do przymusowej i darmowej pracy na plantacji. Dzięki tej praktycznej ustawie plantacje niemieckie zaczęły od razu doskonale prosperować. Amerykański ekonomista S. Mosk podaje, że już w roku 1913 plantacje te dawały 41 procent ogólnej produkcji kawy gwatemalskiej. Głównym importerem były Niemcy, które kupowały 55 procent całego eksportu kawy z Gwatemali (rok 1913). Jak pisze S. Mosk, "wraz z rozwojem tych plantacji ożyła pańszczyzna i inne systemy pracy przymusowej". Właściciele plantacji mieli w swych majątkach prywatne wojsko i prywatne więzienia.

 

Barrios jest uznawany przez niektórych historyków za Wielkiego Odnowiciela, ale trudno jest ten entuzjazm podzielać. Generał zamienił kraj w obóz ciężkiej, przymusowej pracy. Przy budowie dróg i kolei zginęło dziesiątki tysięcy ludzi. Spędzano do tych prac tłumy chłopów związanych sznurami, żeby nie zbiegali. Oto kartka skierowana przez jednego z urzędników Barriosa do gubernatora prowincji:

 

"Przesyłam panu 25 ochotników do pracy przy budowie drogi. Proszę o zwrot powrozów".

 

W 1898 roku adwokat nazwiskiem Estrada Cabrera zamordował prezydenta Justo Parriosa i w ten sposób sam został prezydentem. Nawet tak powściągliwy historyk jak Hubert Herring nazywa adwokata "mordercą i złodziejem". Estrada otaczał się czarownikami i sam preparował mikstury, którymi truł swoich przeciwników.

 

Był prawdopodobnie zboczeńcem: siadał wygodnie w fotelu i oglądał egzekucję, tak jak my dziś oglądamy ciekawy mecz w telewizji. Na te imprezy zapraszał również przyjaciół, o czym pisze Dana Munro w swojej książce "The Five Republics of Central America". Munro tak charakteryzuje reżym Estrady: "Rozbudowany aparat tajnej policji obserwuje wszystko, co się dzieje w republice. Podejrzani o wrogość wobec dyktatora są śledzeni przez sąsiadów, przez służących, przez członków własnej rodziny. Nawet w prywatnej rozmowie niebezpiecznie jest, mówić o polityce. Żadna wybitna osobistość nie może mieć wielu przyjaciół, aby nie wzbudzić podejrzenia. Podejrzanych osadza się w więzieniu, skąd później tajemniczo znikają".

 

"Po każdej próbie zamachu na tyrana - pisze Fred Rippy - następowały bezlitośnie egzekucje ogromnej liczby ludzi, z których wielu było prawdopodobnie niewinnych".

 

Przez 22 lata swojej dyktatury Estrada topił Gwatemalę we krwi. Nikt nie mógł go ruszyć. "Znienawidzony w całej Ameryce Środkowej - pisze Thomas L. Karnes w "The Failure of Union" - był zawsze pewny siebie, ponieważ popierał go Waszyngton". Za to poparcie Estrada oddał monopolom amerykańskim połowę Gwatemali. Nawet nie sprzedał: oddał. Oddał im koleje, porty, elektrownie, telegraf. I przede wszystkim w 1901 roku wpuścił do kraju United Fruif Company, zapisując jej najlepsze ziemie.

 

 

 

Od tej chwili rozpocznie się walka między kapitałem amerykańskim i niemieckim o kolonię, która nazywa się Gwatemalą. Bo stopniowo Amerykanie nabierali siły, ale i Niemcy też. "Spośród cudzoziemców - pisze gwatemalski socjolog Monteforte Toledo -- najsilniejszą kolonię stanowili Niemcy. Kolonia ta liczyła około 5 tysięcy osób, posiadała najlepsze plantacje i kontrolowała poważną część interesów kawowych. Niemcy mieli swoje banki, swoje środki transportu i swoje rynki zbytu w czasie, kiedy plantator gwatemalski musiał zabiegać o zdobycie kredytu czy znalezienie nabywcy".

 

"W naszym kraju - opowiada znakomity pisarz gwatemalski Cardoza y Aragon - istniały dwie ekonomie stworzone przez cudzoziemców: północnoamerykańska i niemiecka. Niemcy opanowali doskonałe ziemie i uprawiali kawę, trzcinę cukrową, a także hodowali bydło, traktując chłopów gwatemalskich nawet nie jak swoich poddanych, ale jak niewolników. Majątki niemieckie, sięgające tysięcy hektarów, oraz ich wspaniałe pałace powstawały z potu Indian i kosztem wsi: ciągnęli stąd większe zyski niż z jakiejkolwiek innej kolonii. Hamburg zamienił się w wielki rynek naszej kawy. Gwatemala stała się półkolonią niemiecką. Nasz rynek został w wielu dziedzinach opanowany przez Stahla, Nottebohma, Sappera, Dieseldorffa, Gerlaha itd.

 

Chłopcy z małżeństw niemiecko-metyskich wyjeżdżali do Niemiec, gdzie żenili się i wracali w towarzystwie pulchnych blondynek. Chłopcy ci, często Metysi, dla których niemiecki był językiem znanym od dzieciństwa, maszerowali krokiem defiladowym do ziemi swoich ojców i dziadków, żeby uczyć się albo służyć w wojsku. W Gwatemali mieli swoje kluby, szkoły i organizacje: Deutschland uber alles. Tu mieli swoich niewolników indiańskich, którym płacili gorzej niż ktokolwiek inny. Traktat Montufar - von Bergen pozwalał dzieciom niemieckim urodzonym w Gwatemali zachować podwójne obywatelstwo. W 1946 roku w Moskwie spotykałem jako jeńców niektórych z tych walczących w armii Hitlera. Później, w Paryżu, załatwiałem formalności tym , którzy wracali do naszego kraju, nie znając słowa po hiszpańsku. Mieli tylko zapisaną nazwę wsi położonej w pobliżu majątku należącego, do ich rodziny. Nawet nie wiedzieli, gdzie leży na mapie Gwatemala".

 

Amerykanom pomagały wojny światowe: Niemcy pakowali się na statek i jechali do Europy przelać krew. Raz przelali krew za Wilhelma i raz - za Hitlera. Ale potem wracali i wszystko zaczynało się od nowa. Od nowa zaczynała się walka o wpływy w Gwatemali. Ta walka toczy się do dziś i ona miała decydujący wpływ na los Karla von Spreti.

 

W 1931 roku ambasador USA, Sheldon Whitehouse, wyznaczył na prezydenta Gwatemali generała Jorge Ubico. W pierwszym wariancie Whitehouse wyznaczył na to stanowisko generała Jose Reyesa, starego ministra wojny, który wsławił się tym, że wydał rozkaz rozstrzelania całego korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy rządzie Gwatemali. Reyes był analfabetą. Fakt ten wykorzystała grupa jego przeciwników, która poszła do Whitehouse`a i przekonała go, że w kraju, w którym analfabeci nie mają prawa głosu, człowiek nie umiejący czytać i pisać nie może być prezydentem republiki.

 

Ubico szczycił się tym, że jest podobny do Napoleona Bonaparte. Generał miał różne mądre powiedzonka: "Naród trzeba głodzić - mówił - głodny naród zajmuje się walką o chleb i nie ma czasu na walkę z rządem". Ale bał się robotników. Rozstrzelał ich przywódcę - Pablo Wainwrighta, i wydał ustawę zakazującą używania słowa "obrero" (robotnik). Można było używać tylko słowa "empleado" (zatrudniony, pracownik).

 

 

 

W 1936 roku kończył się przewidziany konstytucją okres prezydentury Ubico. Generała wezwali do dyrekcji United Fruit. "Panie Ubico - powiedział mu dyrektor UFC - jeżeli chce pan dalej być prezydentem, musi pan podpisać ustawę anulującą wszystkie długi United Fruit wobec rządu Gwatemali (monopol od lat nie płacił podatków) i przedłużającą nasze koncesje do roku 1981". Ubico chętnie podpisał i został prezydentem na następne 8 lat. Prawnikiem, który zredagował tę ustawę, był ówczesny adwokat United Fruit, a późniejszy sekretarz stanu USA - John Foster Dulles.

 

Generał znajdował tyle przyjemności w rządzeniu, że powiedział kiedyś przez radio:

 

"Jeżeli każą mi oddać władzę, odejdę, ale po kolana we krwi". Należy wczuć się w atmosferę kraju, w którym prezydent wygłasza takie deklaracje radiowe.

 

Jako szef państwa Ubico wydawał przedziwne zarządzenia: kazał łapać Indian żyjących w lasach Petenu, a potem wystawiał ich w żelaznych klatkach w ogrodzie zoologicznym "La Aurora" w stolicy Gwatemali. W 1940 roku zorganizował spis ludności. Kiedy przedstawiono mu dane tego spisu, skreślał z list ludność miast i wsi, o których pamiętał, że przyjmowały go bez entuzjazmu. Sumę tych opozycjonistów odjął od globalnej sumy ludności kraju: otrzymany wynik podał jako oficjalny rezultat spisu.

 

W ciągu 14 lat swojej dyktatury Ubico zbudował 27 kilometrów drogi. W ciągu 14 lat tyle drogi co z Warszawy do Michalina. Ale generał nie miał czasu, zajmował się pielęgnacją ciszy. Dlatego nie możemy policzyć jego ofiar. Wiemy, że zgładził tysiące i tysiące ludzi, bo o tym piszą podręczniki, bo pamiętają ci, którzy przetrwali. "Tak samo krwiożerczy i skorumpowany jak jego poprzednicy - pisze o Ubico John Gerassi -- potrafił jednak nakraść więcej niż oni i ponieważ wykrył więcej spisków niż Estrada - rozstrzelał więcej ludzi". Gerassi cytuje fragment wspomnień pisarza gwatemalskiego - Garcia Granadosa: "W 1934 roku Ubico wykrył kolejny spisek przeciwko sobie. Aresztował 17 ludzi, urządził parodię sądu polowego i skazał ich na rozstrzelanie. Napisałem do Ubico list, prosząc, aby ich ułaskawił. Jako odpowiedź generał przysłał po mnie policję, która zabrała mnie na miejsce kaźni. Musiałem przyglądać się egzekucji 17 skazanych. Potem zostałem wtrącony do więzienia..."

 

3.

 

"Nauczanie historii mojego kraju jest smutnym zajęciem" - powiedział mi profesor gwatemalski. Nie umiałem zaprzeczyć. W trakcie tej rozmowy przyszła mi do głowy myśl absurdalna: może to i lepiej, że tylko co dziesiąte dziecko chodzi w Gwatemali do szkoły? Bo jaką mentalność musi kształtować taka historia?

 

Dziesięć procent dzieci Gwatemali uczy się w szkole życiorysów adwokata Estrady i generała Ubico. Reszta dzieci nie chodzi do szkoły. Rząd nie przejawia najmniejszej troski o szkolnictwo. Przekonywająco wytłumaczył to kolumbijskiemu reporterowi Luisowi Murillo jeden z ministrów Gwatemali: "Dokąd byśmy zaszli, mój panie, gdyby ta kupa łbów nauczyła się myśleć?"

 

Ale wygląda na to, że elita też nie myśli. Z ustawy Banku Ameryki Środkowej (Banco Centroamericano), dyskutowanej uprzednio przez Rady Ministrów państw Ameryki Środkowej i podpisanej 17 lipca 1964 roku przez Ministrów Finansów Gwatemali, Hondurasu, Salwadoru i Nikaragui, dowiemy się, jak ci panowie znają geografię. Oto paragraf 5, punkt 7 ważnej do dziś ustawy mówi: "Postanawia się, że towary zakupione z pożyczek dolarowych mogą być przewożone wyłącznie statkami będącymi własnością Stanów Zjednoczonych, krajów Ameryki Środkowej lub wszelkich innych krajów świata z wyjątkiem statków następujących państw: Związku Radzieckiego, Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, Niemiec Wschodnich, Węgier, Rumunii, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski, Danzigu, Wietnamu Północnego, Chin Kontynentalnych i innych obszarów kontrolowanych przez komunizm, Mongolii Zewnętrznej i Kuby".

 

4.

 

20 października 1944 w Gwatemali wybuchła rewolucja. Na czele tłumu, który ruszył pod pałac prezydenta, szedł 30-letni kapitan, syn szwajcarskiego farmaceuty, jasny blondyn w tym kraju Indian i Metysów - Jacobo Arbenz Guzman. Ambasada USA nie stawiała rebeliantom przeszkód. W tym czasie Amerykanie zajęci byli Europą, nikt nie myślał o Gwatemali. Generał Ubico uciekł i władzę objęła grupa oficerów średnich rang. Wieść o rewolucji dotarła do okolicznych wiosek. W małym okręgu Patzicia chłopi zrobili powstanie i wyrżnęli obszarników. Ale chłopi w Gwatemali - to Indianie, a obszarnicy - to biali. Wieś jest indiańska, miasto jest białe i metyskie. Indianie stanowią 70 procent ludności, Metysi i biali - 30 procent. Ponieważ te 30 wyzyskuje te 70, walka klas w Gwatemali ma formę wojny rasowej. Wtedy, w 1944 roku, chłopi z Patzicia zapomnieli, że rewolucja, która wybuchła w stolicy, była ruchem wewnątrz górnych 30 procent. Nazajutrz po wygnaniu Ubico nowa junta wysłała ekspedycję karną do Patzicia. "Junta - pisze Monteforte Toledo - utopiła we krwi to powstanie, masakrując dużą liczbę Indian".

 

Rewolucja miała więc ograniczony charakter. Młodzi oficerowie nie myśleli zmieniać ustroju, chcieli tylko uzdrowić sytuację. Jest to różnica, jak wiemy, istotna. Ale w warunkach Gwatemali to była rewolucja.

 

Junta oficerska zorganizowała wybory. Prezydentem republiki został profesor uniwersytetu, emigrant polityczny za rządów Ubico - Arevalo Bermejo. Reformy, które przeprowadzał Arevalo, mogą wydawać się nikłe, ale w tym kraju każda z reform profesora była przełomem. Na przykład Arevalo, pedagog z zawodu i z zamiłowania, autor książki pt. "Pedagogika osobowości", zaczął budować szkoły. Liberalna część oligarchii traktowała ten wybryk jako jeden z fiołów profesora, ale liberałowie byli w mniejszości. Sztywna większość wypowiedziała prezydentowi wojnę. W oczach elity gwatemalskiej budowanie szkół jest do dziś przestępstwem. Pamiętamy, co powiedział minister: "Dokąd byśmy zaszli, mój panie, itd."

 

W 1947 roku z inicjatywy Arevalo parlament uchwalił Kodeks Pracy. Kodeks ustanawiał podwyżkę zarobków minimalnych z 5 do 80 centów dziennie. W Gwatemali zarobki minimalne otrzymuje 60 procent ogółu zatrudnionych. 60 procent ludzi po miesiącu ciężkiej pracy przynosiło do domu 1 dolara. Teraz miało przynosić 17 dolarów. Była to nadal nędzna płaca, bo ceny w Gwatemali są tak samo wysokie jak w Stanach Zjednoczonych. Ale miejscowa reakcja uznała kodeks Arevalo za coś w rodzaju "Manifestu Komunistycznego" i zaczęła atak nie na żarty. Kiedy po sześciu latach sprawowania władzy profesor Arevalo przekazywał prezydenturę swojemu następcy, ujawnił w okolicznościowym przemówieniu, że musiał zlikwidować 33 spiski United Fruit i miejscowej oligarchii, zmierzające do zbrojnego obalenia rządu. Arevalo opublikował później kilka książek o polityce Waszyngtonu w Ameryce Łacińskiej. Jako prezydent wiedział dużo i książki te (m. in. "Fabula del Tiburon y las Sardinas", "Guatemala, la Democracia y el Imperio"), pisane nerwowym, nieco chaotycznym stylem, zawierają setki odrażających dowodów na brutalność i cynizm kolonializmu USA. Jedno bagno, jedna podłość.

 

Tymczasem w Waszyngtonie - ponieważ w Europie był już spokój i sprawnie funkcjonował plan Marshalla - ktoś zauważył, że w Gwatemali mają rząd demokratyczny.

 

Nieprzyjemna to była wiadomość.

 

Niestety, żadna ze skromnych reform Arevala nie dała się podciągnąć pod formułę agresji komunistycznej. Dzięki temu Arevalo ocalał. Gdyby Arevalo poszedł o krok dalej i np. zmusił United Fruit do zapłacenia kilku dolarów podatku, byłaby to już jawna agresja komunistyczna. W takim wypadku wszystko jest proste: uruchamia się mechanizm odporu i zbrojna interwencja likwiduje automatycznie jawną agresję.

 

 

 

Na razie jednak postanowiono przyglądać się Gwatemali. Nie był to dobry znak. Historia uczy, że jeśli Waszyngton zacznie się komuś przyglądać, podejrzany musi popaść w nieszczęście. Wiadomo, czym się skończyło, kiedy ambasador USA w Brazylii Lincoln Gordon przyjrzał się prezydentowi Goulartowi. Wiadomo, czym się skończyło, kiedy prezydent Johnson przyjrzał się Dominikanie.

 

Tym razem - jest rok 1951 - Waszyngton zaczyna przyglądać się pułkownikowi Jacobo Arbenz Guzmanowi. Arbenz jest od marca prezydentem republiki. Ma 36 lat. Ma dużo dobrej woli. Prostego umysłu, raczej praktyk niż teoretyk, Arbenz był jednak Albertem Einsteinem w porównaniu z wszystkimi, którzy rządzili Gwatemalą do roku 1944, i wszystkimi, którzy rządzą po nim. Pułkownik Arbenz jest jedną z tragicznych postaci w polityce latynoamerykańskiej. Jego tragedia polegała na myśleniu prostolinijnym i na mówieniu prawd oczywistych. Takie myślenie i takie mówienie są w Ameryce Łacińskiej niedopuszczalne.

 

A Jacobo Arbenz Guzman myślał. Jeżeli United Fruit - rozumował - wywozi z Gwatemali 66 milionów dolarów zysku rocznie (1950 rok) w sytuacji, kiedy 75 procent ludności naszego kraju chodzi boso, niech United Fruit płaci nam milion dolarów podatku, a my w ciągu 2 lat damy buty wszystkim dzieciom na wsi. Inny przykład: jeżeli United Fruit - rozumował Arbenz - uprawia tylko 8 procent swoich gruntów, a reszta leży odłogiem w sytuacji, kiedy półtora miliona chłopów Gwatemali nie ma ziemi, niech United Fruit odda część tych odłogów, a my je rozdzielimy wśród bezrolnych.

 

Prezydent podzielił się tymi uwagami to z tym, to z owym i na biurku ambasadora USA pojawiło się kilka donosów. Wkrótce potem w Departamencie Stanu zaczęto już mówić o sprawie Arbenza i Gwatemali wstrzymano wszelkie pożyczki.

 

Gwatemalczycy wspominają trzy lata rządów Arbenza jako jedyny okres, w którym czuli, że żyją normalnie. Można było głośno rozmawiać. Można było upomnieć się o swoje prawa. Chłopi mogli organizować się w związki. Mówiło się o projektach budowy tanich mieszkań. O zniesieniu obowiązku pracy przymusowej. W połowie roku 1952 rząd Arbenza ogłosił Dekret o Reformie Rolnej. Jest to dokument powściągliwy, umiarkowany. Mówi on, że celem reformy jest stworzenie "kapitalistycznej gospodarki rolnej". Ale dekret zawierał dwa postanowienia, które ściągnęły na Gwatemalę zbrojną interwencję USA:

 

1 - znosił niewolnictwo i pańszczyznę ("znosi się wszelkie formy pańszczyzny i niewolnictwa, a także zakazuje się właścicielom ziemskim wzajemnego wypożyczania sobie chłopów...");

 

2 - wprowadzał prawo konfiskaty odłogów (ale tylko odłogów), i to za wykupem. Plantacje i inne ziemie uprawiane nie podlegały reformie.

 

Dekret nie zmierzał do likwidacji wielkich majątków. Reforma miała tylko wprowadzić odrobinę rozsądku i racjonalności: według danych spisu rolnego za rok 1950, 71.5 procent ziem obszarniczych leżało zawsze odłogiem, United Fruit miała 92 procent odłogów stałych. Jednocześnie w tym samym roku 57 procent chłopów nie miało w ogóle ziemi, a reszta miała jej tyle, że - jak pisze Eduardo Galeano - "ledwie starczało miejsca na wykopanie grobu. Głód dziesiątkował wieś gwatemalską: 67 procent ludzi nie dożywało 20 lat.

 

Może Waszyngton jakoś by ścierpiał, gdyby reforma oskubała tylko lokalnych wielmożów. Ale jesienią 1953 roku Arbenz skonfiskował blisko połowę odłogów United Fruit - 83 tysiące hektarów. Za te ziemie, które United Fruit dostała od prezydenta Estrady za darmo, prezydent Arbenz zapłacił teraz 1,2 miliona dolarów rekompensaty. Ale co znaczy dla United Fruit 1,2 miliona dolarów!

 

Śmieszna to przecież suma.

 

 

 

Zresztą nie o nią chodziło. Skandal polegał na tym, że Arbenz próbował stworzyć niedopuszczalny precedens; próbował naruszyć terytorium monopolu USA. W mentalności Departamentu Stanu teren należący do prywatnej spółki USA, choćby leżał na końcu świata, jest traktowany jako przedłużenie obszaru Stanów Zjednoczonych. Dotknąć takiej ziemi to jakby naruszyć świętość granic państwa amerykańskiego. Kto nie zna tej mentalności, nie rozumie ogromu problemów, jakie piętrzą się przed każdym śmiałkiem, który odważy się - w granicach własnego państwa - urwać monopolowi USA pół hektara jałowego piachu. Jaki się wtedy podnosi krzyk!

 

Naruszając granice United Fruit (tj. w opinii ekspertów waszyngtońskich: granice USA), pułkownik Arbenz wydał na siebie wyrok. W dodatku w tym czasie, kiedy z rozkazu pułkownika pługi orały miedzę imperium bananowego, Departament Stanu objął stary adwokat, a teraz wspólnik United Fruit - John Foster Dulles. Dulles rzucił się w wir awantury gwatemalskiej jak ryba w wodę. Do spółki z bratem, szefem CIA Allanem Dullesem, zabrał się energicznie do pracy. Sprawa nie nastręczała trudności, ponieważ taki występek, jak konfiskata ziemi należącej do monopolu USA, daje się łatwo podciągnąć pod formułę agresji komunistycznej. Teraz wystarczało tylko włączyć mechanizm odporu.

 

5.

 

17 czerwca 1954 roku zaczęła się inwazja na Gwatemalę. Na czele inwazji stał zdrajca, który mając już wyrok śmierci, zbiegł przed czterema laty z więzienia - pułkownik Castillo Armas. Amerykanie dali mu 6 milionów dolarów, żeby stworzył sobie armię. Dali mu samoloty i pilotów, broń i radiostacje. Za 6 milionów dolarów Armas kupił 600 ludzi. Łatwo obliczyć, że płacił dobrze. Zebrał szumowinę z całego świata. Miał więźniów z Kolumbii, handlarzy narkotyków z Portoryko, handlarzy niewolników z Brazylii, barmana burdelu w Tegucigalpie. Kolumna Armasa ruszyła z terytorium Hondurasu, a bracia Allan i John Fosfor siedzieli w Waszyngtonie przy telefonach, czekając na meldunki.

 

Przed 116 laty ruszyła na stolicę Gwatemali uzbrojona w stare muszkiety kolumna grabarzy Rafaela Carrery. Na czele wyprawy trzech zakonników niosło drewniane krzyże, żeby chronić grabarzy przed szalejącą epidemią cholery. Grabarze zwalczali cholerę i śpiewając nabożne pieśni, a także rabując, co się dało po drodze, szli, żeby wygnać sprawcę zarazy - liberała Mariano Galveza.

 

Po 116 latach ruszyła na stolicę Gwatemali uzbrojona w nowe automaty kolumna najemników Castillo Armasa. Epidemia cholery minęła, ale jak mówił komunikat Armasa, w kraju "szalała komunistyczna zaraza". Dlatego najemnicy nieśli krzyże z przybitą do nich pięścią. Pułkownik Armas niósł obraz Jezusa Chrystusa z Esquipulas - patrona Gwatemali. Na czele kolumny powiewały kościelne sztandary. Ci potomkowie grabarzy zwalczali już nie cholerę, lecz komunizm, i szli, żeby wygnać sprawcę zarazy - Arbenza Guzmana.

 

Ze stolicy Gwatemali kolumna otrzymywała rozkazy wydawane drogą radiową przez ambasadora USA - Johna Peurifoya. W dniu inwazji Peurifoy włożył mundur khaki i przypiął colta. W ambasadzie panował duży ruch.

 

O kilka ulic dalej, w pałacu prezydenta, siedział osamotniony Arbenz. Większość dowódców armii czekała już w gabinecie Peurifoya na rozkazy. Arbenz uznał, że stawianie oporu nie ma sensu. Wezwał dowódcę sił zbrojnych pułkownika Enrique Diaza i przekazał mu władzę. "W kilka godzin później - wspomina minister spraw zagranicznych w rządzie Arbenza, Guillermo Toriello, w książce pt. "La Batalia de Guatemala" - Peurifoy zjawił się w gabinecie pułkownika Diaza. Do tej pory zdołano już aresztować wielu przywódców PGT (Partido Guatemalteco del Trabajo - partia komunistyczna) i związków zawodowych. Zgodnie z tym, co opowiada Diaz, spotkanie wyglądało następująco: Peurifoy przyniósł długą listę nazwisk owych przywódców. Podał ją Diazowi i zażądał, aby ludzie znajdujący się na liście, zostali rozstrzelani w ciągu 24 godzin.

 

Diaz stanowczo nie zgodził się na splamienie rąk tą odrażającą zbrodnią i odrzucił żądanie Peurifoya, aby wydać rozkaz egzekucji.

 

Toriello wspomina także, że kiedy kilka dni później jeden z oficerów odważył się w obecności ambasadora USA bąknąć o potrzebie stawienia oporu Armasowi, Peurifoy przerwał mu gwałtownie: "Przestań pan pieprzyć. Niech pan zapamięta raz na zawszę, że walka z Armasem nie jest walką z Armasem, tylko z Departamentem Stanu. Armas zrobi to, co mu poleci Departament Stanu".

 

I Armas zrobił.

 

 

 

"Natychmiast po zajęciu Gwatemali przez bandę Armasa - pisze dalej Toriello - zaczęła się rzeź ludności, rzeź nie tylko zwolenników Arbenza i działaczy politycznych, ale wszystkich tych, którzy w taki czy inny sposób próbowali sprzeciwić się . Wkrótce znalazło się w więzieniach dziesięć razy więcej ludzi, niż były one w stanie pomieścić. W całym kraju, we wsiach i w małych miasteczkach mordowano masowo chłopów, którzy wzięli ziemię z reformy rolnej i którzy bodaj w najmniejszym stopniu próbowali stawiać opór tyranii. Wszystko pochłonęła fala terroru. Chłopi zaczęli uciekać w góry, aby ratować się przed bandami, które ścigały ich w imię Gwatemali. A wszystkie te zbrodnie przeciw życiu, wolności i prawu człowieka popełniał Castillo Armas w imię Boga i pod pretekstem likwidacji komunizmu. Wróciły stare praktyki tyranów Gwatemali, tyle że dawniej prześladowano (...), a teraz (...). Komitet ten stał się panem życia i śmierci całego społeczeństwa. Jeden dowcip komuś powtórzony, jedna plotka albo zła wola jakiegoś funkcjonariusza reżymu wystarczą, aby - obojętne, kogo - ścigać, uwięzić i torturować. Komunizm służy tylko za pretekst, aby pozbyć się przeciwników reżymu i załatwić porachunki osobiste. W sumie przeciętny Gwatemalczyk, któremu godność i patriotyzm nie pozwalają zaakceptować tego porządku, ma przed sobą tylko trzy drogi: więzienie, emigrację i grób..."

 

6.

 

Apel Poległych zamordowanych w pierwszych dniach kontrrewolucji:

 

Javier Acevedo, z Chiquimula, chłop

Catarino Alvarado, z San Juan, chłop

Rogelio Arevalo, z Puerto Barrios, robotnik

38 chłopów rozstrzelanych w Las Cruses, Ipala

Andres Cruz i brat, z Puerto Barrios, robotnicy

Rolando Cordon, z Teculutan, sołtys

Claudio Gutierrez i 2 synów, z Chiquimula, chłopi

49 chłopów rozstrzelanych w Rio Shusho

18 chłopów rozstrzelanych w Los Cimentos

Salvador Jacinto, z La Tuna, chłop

Antonio Castro, z Chiquimula, kolejarz

Juan Ruiz, z Petary, chłop

Cupertino Tiul z żoną, z Puerto Barrios, robotnicy

29 chłopów rozstrzelanych w San Juan Sacatepequez

2 członków Komitetu Reformy z Acasa-guastlan

Amical Solis, z Morales, robotnik

Macario Lopez, z Progreso, chłop

Pablo Quintana, z Tiquisate, robotnik

Carlos Archila, z miasta Guatemala, sierżant

Bonifacio Mendez, z Zacapy, chłop

Aureliano Veliz, z San Vincente, chłop

(z listy Generalnej Konfederacji Robotników Gwatemali, luty 1955 r.).

 

Ta lista ciągnie się bez końca, zapisywana codziennie, do dzisiaj.

 

7.

 

Prezydent Arbenz Guzman ocalał, chroniąc się w ambasadzie Meksyku. Po dwóch miesiącach starań rządu meksykańskiego Departament Stanu zgodził się, aby Arbenz, który konstytucyjnie był nadal prezydentem Gwatemali, opuścił ambasadę i udał się na emigrację.

 

Przed ambasadą i wzdłuż trasy na lotnisko zebrała się cała śmietanka nowego reżymu: więźniowie kryminalni z Kolumbii, handlarze narkotyków z Portoryko, handlarze niewolników z Brazylii, barman burdelu w Tegucigalpie. A także właściciele bogatych sklepów, których Arbenz zmusił do płacenia podatków. I właściciele plantacji kawy, którym Arbenz kazał szanować robotników. Tysiące agentów CIA zajętych "krzewieniem demokracji". Dyrekcja firmy Share and Bond, New York, filia w Gwatemali, której Arbenz kazał obniżyć ceny na światło. Delegacja kibiców z United Fruit. Tłum ten czekał na Arbenza uzbrojony w kamienie, zgniłe jajka i zdechłe szczury. Arbenz miał iść wśród tego tłumu piechotą, ponieważ Castillo Armas zabronił, żeby odwieziono go samochodem.

 

Ambasador Meksyku wiedział, że Arbenz może nie dojść żywy do lotniska. Kazał wyjąć flagę swojego kraju i okręcił nią prezydenta Gwatemali. W bramie ambasady ukazał się teraz Arbenz, owinięty we flagę Meksyku. Otaczali go pracownicy ambasady. Zaczął się marsz na lotnisko, przez tłum rozjuszony i bezradny, który ruszył za nimi. Na lotnisku ambasador musiał pożegnać się z Arbenzem. Samolot czekał gotowy do odlotu. Po płycie, kręcił się Peurifoy, główny reżyser. Prezydent Arbenz stał i czekał, co będzie dalej. Główny reżyser czekał, aż zbierze się wielka widownia. Potem wydał rozkaz. Ludzie z kolumny Armasa podeszli do prezydenta i kazali mu rozebrać się do naga. Arbenz zaczął się rozbierać. Tłum wył i gwizdał. Arbenz został w spodenkach, których nie dał sobie ściągnąć. I tak wszedł do samolotu. Arbenz do dziś błąka się po świecie. Milczy, nie udziela wywiadów, nie składa deklaracji. Nie pozwala, żeby go fotografować. Ale czasem jakiemuś fotoreporterowi uda się zrobić zdjęcie i wtedy ukazuje się w gazetach pociągła twarz Arbenza, człowieka, który odważył się zakłócić ciszę potrzebną bananom United Fruit i który był komunistą, ponieważ chciał, żeby każde dziecko w Gwatemali miało swoje buty.

 

8.

 

Castillo Armas, nowy prezydent, zajmował się nie tylko mordowaniem. Wiele czasu poświęcał również działalności ustawodawczej. W ciągu dwóch lat wydał 574 dekrety likwidujące to, co zrobiła rewolucja. Odwołał Dekret o Reformie Rolnej i oddał grunta United Fruit. Chłopi, którym Arbenz dał ziemię, zostali z niej wyrzuceni. Obce monopole otrzymały zwolnienie z podatków. 45 zagranicznych przedsiębiorstw naftowych otrzymało koncesje na 4,6 miliona hektarów, co stanowi prawie połowę terytorium państwa.

 

Wody Gwatemali, które w 1944 roku wylały się z brzegów w poszukiwaniu nowego ujścia, wróciły w stare koryto.

 

Wiosną 1957 roku odbyła się w czcigodnych murach Columbia University, USA, uroczystość: w uznaniu zasług dla demokracji amerykańskiej pułkownik Armas otrzymał tytuł doktora honoris causa.

 

Tak wyróżniony, a więcej, niepotrzebny, został z rozkazu CIA zastrzelony 26 lipca tegoż roku przez Roberto Monteza z własnej Gwardii Przybocznej.

 

9.

 

W armii zaczęły się targi o fotel prezydenta.

 

Armia trzymała w garści całą władzę. Gwatemala jest krajem rządzonym przez kamarylę pułkowników - stopień generała został zniesiony w latach rewolucji. W wojsku 1 pułkownik przypada na 30 żołnierzy. Najwyższą władzą w Gwatemali jest ambasada USA, a zaraz po niej - narada pułkowników. Rząd zajmuje trzecie miejsce.

 

Każdy pułkownik chciałby być prezydentem ze względu na prestiż i wysoką pensję. Pensja prezydenta Gwatemali wynosi 1 094 000 dolarów rocznie. Plus, oczywiście, inne dochody, mniej oficjalne, i plus olbrzymi dodatek reprezentacyjny (roczny dochód chłopa w tym kraju wynosi 50-80 dolarów). W sumie, jeżeli prezydentowi uda się przetrwać cztery lata przewidziane konstytucją, opuszcza pałac mając 4 miliony dolarów na prywatnym koncie.

 

Nie jest to dużo, ale zawsze.

 

Po kilku miesiącach kłótni prezydentem został starszy już wiekiem człowiek, wierna podpora reżymu generała Ubico, wspólnik Castillo Armasa, generał Ydigoras Fuentes (ze względu na zasługi i lata zachował szlify generalskie). Ledwie Ydigoras objął swój urząd, a już w jego gabinecie zjawiło się czterech ludzi z CIA żądając, aby zwrócił pieniądze, które CIA dała Armasowi na zorganizowanie agresji. O tej wizycie mówi Ydigoras w wywiadzie udzielonym amerykańskiej dziennikarce - Ann Geyer:

 

"Odpowiedziałem im, że nie mam wobec nich długów i że Castillo Armas nie żyje. Zagrozili mi i powiedzieli, że jeśli nie zapłacę, Gwatemala nie dostanie żadnej pomocy od Stanów Zjednoczonych, a na temat mojego rządu nie ukaże się w prasie amerykańskiej nigdy nic dobrego".

 

Na takie dictum Ydigoras szybko zapłacił.

 

Co więcej, zaoferował CIA miejsce na obóz, w którym szkolono oddziały najemników do inwazji na Kubę. W nagrodę CIA ratowała Ydigorasa przed upadkiem, o czym można dowiedzieć się z relacji korespondenta "Time" Johna Gerassi:

 

"Na początku 1962 roku wydawało się, że Ydigoras upadnie. Studenci, nauczyciele, nawet kontrolowane przez prezydenta związki żądały jego ustąpienia. Przez cały miesiąc, dzień w dzień, trwały rozruchy i Gwatemala nie dawała nikomu wiz wjazdowych. A potem, nagle, nastąpiła absolutna cisza. Ani słowa bodaj o jednym wiecu, o jednej manifestacji. Kiedy przyleciałem tam kilka dni później, w kraju panował kompletny spokój. Zapytałem znajomych, co się stało. (...). Kraj był całkowicie zastraszony".

 

Mamy tu kolejny przykład działania mechanizmu ciszy.

 

Wiosną 1963 roku było już w Gwatemali tak spokojnie, że ogłoszono nowe wybory.

 

Pierwszy prezydent rewolucji gwatemalskiej Arevalo Bermejo nadał z emigracji wiadomość, że chciałby w tych wyborach kandydować. Arevalo był ciągle popularny i mógłby zwyciężyć. Ponieważ Ydigoras mimo wszystko chciał tych wyborów, wypadło generała obalić.

 

Przewrót zorganizował jego minister obrony, pułkownik Peralta Azurdia. Spiskowcy ustalili datę zamachu na 30 marca 1963 roku. Ydigoras dowiedział się o tym na kilka dni wcześniej, i kiedy Peralta wszedł z pistoletem do jego gabinetu, prezydent wskazując na stojące przy biurku walizki zawołał:

 

- Ministrze, jestem już gotowy!

 

10.

 

Generała odprawili samolotem do Managua, gdzie Ydigoras przeglądając nazajutrz prasę znalazł deklarację Peralty, w której przeczytał z osłupieniem, że został obalony, ponieważ był komunistą. Każdy, kto znał nienagannie antykomunistyczną przeszłość Ydigorasa (generał zgładził setki ludzi posądzonych o komunizm, a tysiące osadził w więzieniu), usłyszawszy taki zarzut uśmiałby się serdecznie, ale Ydigoras wystraszył się nie na żarty. Ydigoras wiedział, że w jego kraju nie ma znaczenia, czy ktoś w rzeczywistości jest, czy nie jest komunistą. Dowód jest nieważny, wystarczy oskarżenie.

 

Generał znał przecież fakty. Partia komunistyczna Gwatemali została po roku 1954 wybita prawie doszczętnie. Nawet były ambasador USA w Salwadorze Thorsten Kalijarvi, który w każdym węszy komunistę, twierdzi w swojej książce pt. "Central America" (1962), że w Gwatemali zostało nie więcej niż 200 komunistów ("it is estimated, that there is in Guatemala, about 200 dedicated Communists"). Jednocześnie aparat do walki z komunizmem (wojsko, policja, służby specjalne - tzw. Servicio de Intellgencia Guatemalteca itd.) liczy ponad 30 tysięcy ludzi. Tak więc na jednego komunistę wypada stu pięćdziesięciu ludzi, powołanych do tego, żeby go zwalczać.

 

Można również zrobić inne zestawienie: amerykański ekspert wojskowy Edwin Lieuwen informuje, że armia Gwatemali "liczy ponad 500 pułkowników" (1964 r.). Oznacza to, że blisko 3 pułkowników żyje ze zwalczania jednego komunisty. I to jak żyje! "Ich przywileje (tj. przywileje pułkowników) - pisze inny amerykański ekspert wojskowy, Jerry Weaver - obejmują m.in. dotacje na budowę domów, szczodre pensje, obfite deputaty i, co jest istotne, ludzie ci są nietykalni przez prawo". Ekspert pisze o tym z pewnym zdziwieniem, a przecież nie ma czemu się dziwić. Ludziom tym coś się należy, skoro cały czas spędzają na froncie, dźwigając ciężar walki z komunizmem!

 

Ale Ydigoras nie dziwił się niczemu i dlatego, kiedy dowiedział się z gazet, że jest komunistą, ogarnął go strach. Stary już i zmęczony, postanowił jednak działać, postanowił się oczyścić. Usiadł i napisał wielki akt samoobrony, potężną księgę pt. "My War with Communism" ("Moja wojna z komunizmem"), która ukazała się jeszcze w tymże 1963 roku w wydawnictwie Englewood Cliffs, Prentice-Hall, USA. W książce tej generał ostrzega wszystkich, że to Peralta jest komunistą, a on, Ydigoras, był zawsze obrońcą demokracji amerykańskiej.

 

Tymczasem nowy prezydent, pułkownik Peralta, człowiek młody i ambitny, zabrał się energicznie do pracy. Zracjonalizował i unowocześnił system walki z komunizmem. Przede wszystkim postanowił spisać wszystkich komunistów. "Ciągle mówią, że ten czy tamten jest komunistą - wyjaśniał swoją decyzję na konferencji prasowej - ale potem zapomina się i ci ludzie chodzą dalej bezkarnie. A teraz każdy będzie w ewidencji".

 

W związku z tym Peralta wydał obowiązującą do dziś ustawę (ustawa nr 9, 1963 r.) "O rejestracji osób, które rząd wojskowy uważa za komunistów" (tytuł oryginału: "El registro de personas, que el Gobierno militar considera como communistas"). Ustawa powołuje do życia urząd o nazwie Narodowe Archiwum Bezpieczeństwa (Archivo Nacional de Seguridad - ANS, skrót, który w Gwatemali ma brzmienie złowieszcze). Archiwum to prowadzi rejestr komunistów, a ściślej, jak mówi nazwa ustawy, rejestr osób, które wojskowi uważają za komunistów. A kogo wojskowi uważają za komunistów? Na to pytanie odpowiada Eduardo Galeano w swojej książce "Guatemala, pais ocupado": "Wojskowi uważają za komunistę każdego, kto myśli inaczej niż oni, a nawet każdego, kto w ogóle myśli".

 

 

 

Teraz już wiemy, według jakiej zasady pracuje ANS. Mając tak ustalone kryterium, funkcjonariusze sporządzają odpowiednie listy. "Estar en la lista" - tzn. być, znaleźć się na liście - jest w Gwatemali równoznaczne z wyrokiem śmierci. Kto trafił na listę, wie, że ma wyrok i że sprawą otwartą pozostaje tylko moment jego wykonania. Wyrok może być wykonany następnego dnia, ale także za miesiąc, za rok, za pięć lat. Problem polega jednak na tym, że niewielu tylko wie, czy już są czy jeszcze nie ma ich na liście.

 

Dostęp do list jest bardzo ograniczony i poza ambasadą USA listy może czytać tylko maleńkie grono osób, tak małe, że nie mieści się w nim prezydent republiki. Ale czasem ktoś może prezydentowi szepnąć jakieś nazwisko z listy. Publicysta gwatemalski Elias Condal opowiada o takim wypadku z prezydentem Mendezem Montenegro: "Pewnego dnia prezydent Mendez wezwał do siebie bliskiego przyjaciela, kolegę jeszcze z lat studenckich.

 

Na listę może dostać się każdy, ponieważ niepotrzebne są żadne dowody. "Oświadczenie komisarza wojskowego, jakiegoś lokalnego notabla czy w ogóle każdego zwolennika rządu, że taki czy inny chłop lub robotnik jest, stanowi wystarczający powód, żeby znaleźć się na liście" - pisze ekspert Weawer.

 

Drugim osiągnięciem Peralty jest militaryzacja administracji państwowej. (...). Gwatemala dzieli się na 22 departamenty. Na czele każdego departamentu stoi gubernator: pułkownik. Każdy pułkownik dowodzi w swoim departamencie siecią tzw. comisionado militar - są to oficerowie lub podoficerowie rezerwy pełniący zwierzchnie funkcje w administracji terenowej. Owszem, w Gwatemali są wójtowie i sołtysi, ale rządzą nimi ci właśnie comisionado militar. Według danych amerykańskiego socjologa Johna Durstona w roku 1966 jeden comisionado przypadał na 50 dorosłych osób. Comisionado jest postrachem w swojej okolicy, ponieważ każdy, kto mu podpadnie, może trafić na listę. On też na rozkaz ANS wykonuje wyroki śmierci. Jedną z funkcji comisionado jest dostarczanie siły roboczej dla wielkich plantacji. Wielkie plantacje znajdują się na ziemiach niskich (albo jak się tu mówi: na ziemiach gorących) nad Atlantykiem i Pacyfikiem. Natomiast podstawowa masa chłopska żyje w części centralnej kraju: na płaskowyżu i w górach (ten obszar nazywają tu ziemią zimną).

 

Ziemie gorące - najlepsze ziemie Gwatemali - należą do United Fruit i do wielkich latyfundystów gwatemalskich, niemieckich i amerykańskich. W państwie tym 2 procent właścicieli ziemskich posiada blisko trzy czwarte (72,5 procent) wszystkich ziem uprawnych, w tym 22 obszarników posiada 13 procent wszystkich ziem uprawnych. A po przeciwnej stronie: 76 procent chłopów posiada niecałe 10 procent wszystkich ziem uprawnych. Są latyfundyści, którzy mają tyle ziemi co 20 tysięcy małorolnych chłopów. Wieś gwatemalska nie zna pojęcia średniaka czy kułaka. Cała wieś jest małorolna albo bezrolna. Chłopstwo cierpi nie tylko na brak ziemi: w procesie kolonizacji Indianie (a więc właśnie chłopi) zostali zepchnięci na ziemie najgorsze, jałowe, bezwodne, na wysoko położone ziemie zimne. Gospodarka chłopska jest tam skrajnie prymitywna, ta sama co 500-600 lat temu. Ziemie zimne stanowią klasyczny rezerwuar siły roboczej dla ziem gorących. Na ziemiach gorących królują niepodzielnie wielkie plantacje pracujące dla rynków zagranicznych i dlatego nie ma tam miejsca na chłopską gospodarkę. W okresie zbiorów kawy i bawełny (te dwie uprawy dają ponad połowę eksportu Gwatemali) plantacje potrzebują ludzi do pracy. Plantator nie chce trzymać dużej liczby stałych robotników, bo oni są mu potrzebni tylko na trzy miesiące, tylko na okres zbiorów. Przez pozostałe dziewięć miesięcy jego siła robocza musi jakoś przeżyć u siebie, w swoich rezerwatach na ziemiach zimnych.

 

 

 

Kiedy zbliża się sezon zbiorów, comisionado zaczyna werbunek ludzi. W tym okresie trzeba przegonić z ziemi zimnej na ziemię gorącą około miliona ludzi. Dla małej Gwatemali (obszar: 109 tysięcy km. kw., ludność w 1970 roku - 5,2 miliona) oznacza to prawdziwą wędrówkę ludów. Jedna piąta narodu - mężczyźni, kobiety, dzieci - ciągnie teraz w tropiki skubać kawę i bawełnę. Uruchomić taką masę ludzką nie jest rzeczą łatwą. Chłopi nie chcą pracować na plantacjach, ponieważ płaca jest głodowa, robota ciężka, a klimat gorący, dla ludzi z gór trudny do zniesienia. W tym czasie, kiedy chłop zbiera kawę czy bawełnę, marnieją mu zbiory na jego poletku. Dawniej istniała ustawa o włóczęgostwie, która pozwalała łapać Indian i pędzić ich pod eskortą na ziemie gorące. Teraz funkcję ustawy o włóczęgostwie spełnia ustawa o wpisywaniu na listy. Dzięki tym listom można nadal utrzymać pańszczyznę i system pracy przymusowej na plantacjach. Jeżeli po skończeniu zbiorów chłop nie będzie miał kwitu stwierdzającego, że pracował na plantacji, comisipando wpisze go na listę.

 

11.

 

Pułkownik Peralta stworzył również partię rządzącą - Partido Institucional Democratico. Partia stanowiła jeszcze jeden filar reżymu i tą drogą pułkownik osiągnął to, co chciał osiągnąć: zbudował system totalnej dyktatury militarnej, istniejący w Gwatemali do dziś. Nie cała reakcja była tym jednak zachwycona. W kraju istnieje silna Tcasta oligarchii cywilnej, która też by chciała nacieszyć się władzą. Partia oligarchów, zgodnie z klasyczną w Ameryce Łacińskiej zasadą odwróconych pojęć: im bardziej reakcyjny, tym bardziej (w słowach) rewolucyjny, nazywa się Partido Revolucionario. Na jej czele stoi człowiek nijaki, polityk trzeciorzędny, prawnik z zawodu (a nawet kiedyś dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu w Gwatemali) - Mendez Montenegro. Były dziekan objął kierownictwo partii w 1965 roku po śmierci swojego brata, który jako szef Partido Revolucionario atakował wojskowych za monopolizowanie władzy i wobec tego musiał zginąć "w tajemniczych okolicznościach". W politycznym języku gwatemalskim śmierć poniesiona w "tajemniczych okolicznościach" oznacza zabójstwo z rozkazu ANS.

 

Partido Revolucionario zaczęła domagać się wyborów. Mendez odwiedzał ambasadę: szukał poparcia (jeżeli w Ameryce Łacińskiej mówi się po prostu ambasada, bez wyszczególniania kraju, wiadomo, że chodzi o ambasadę USA). W czasie tych odwiedzin znajdował przychylny klimat. Wojsko i tak rządziło Gwatemalą, a prezydent-cywil stwarzał wygodne pozory demokracji.

 

Należy pamiętać, że Latin-American experts z Departamentu Stanu nie mają lekkiego życia. Liberalna część Senatu ciągle domaga się od Departamentu Stanu, żeby na funkcje prezydentów w Ameryce Środkowej stawiać cywilów, a nie wojskowych, ale Latin-American experts wiedzą, że to nie jest takie proste. Prezydent musi dysponować dostateczną siłą, żeby wbrew woli mas mógł zagwarantować nietykalność amerykańskich inwestycji, a taką siłę ma praktycznie tylko armia. Armia natomiast, jeśli już wzięła władzę, nie chce jej oddać, bo niby z jakiej racji? Jedynym wyjściem tedy zrobić to, co robi dowódca, który w czasie ćwiczeń chce przeprowadzić atak na wraże pozycje: wyznacza część żołnierzy na pozorantów - pozoranci udają nieprzyjaciela.

 

Toteż Departament Stanu, pomny na krytykę liberalnej części Senatu, stale nalega na ambasady, żeby szukały cywila, który potrafi udawać prezydenta. Ale znaleźć dobrego pozoranta nie jest łatwo. Talent pozoranta musi polegać na braku ambicji, a taką cechę trudno z góry ustalić, ponieważ wielu polityków ma tzw. ambicje, utajone. I wtedy - ludzka to rzecz - zły pozorant, dostawszy trochę władzy, chce jej zaraz więcej, a chcąc jej więcej, wchodzi w konflikt z armią, której nie pozostaje nic innego jak zapalać silniki w czołgach, zajmować Pałac i wsadzać prezydenta w samolot, co później wykorzysta liberalna część Senatu do zdwojenia krytyki Departamentu Stanu.

 

W ambasadzie osądzono jednak, że w przypadku Gwatemali takiego niebezpieczeństwa nie ma: dyktatura wojskowych miała charakter trwały i totalny, nie było mowy, żeby ktoś mógł się wychylić. Prezydent - pułkownik Peralta - na wiadomość, że mają być wybory, po chwili namysłu uznał taką manifestację demokracji za dobry pomysł. Peralta wiedział, że ma całą władzę w ręku, że wobec tego wybory wygra i wojsko zamiast prezydenta z przewrotu będzie miało prezydenta z wyboru.

 

Aliści pułkownik wybory przegrał.

 

Było to 6 marca 1966 roku. Kiedy wieść o porażce rozeszła się po sztabach i garnizonach, kamaryla pułkowników postanowiła zebrać się na naradę. Choć maleńki ten kraj ma dziś blisko 600 pułkowników, nie wszyscy biorą udział w takim spotkaniu. W Gwatemali pułkownik pułkownikowi nie równy. Wystarczy wejść do jakiegokolwiek ministerstwa, żeby o tym się przekonać: recepcjonista - pułkownik, sekretarz ministra - pułkownik, i minister - też pułkownik. Cenzor na poczcie - pułkownik, właściciel restauracji "Quetzal" - pułkownik. Ale tych ważnych, najważniejszych pułkowników jest około 40 i oni to zebrali się na naradę.

 

 

 

Trudno będzie wyobrazić sobie tę naradę komuś, kto nie widział bodaj kilku pułkowników gwatemalskich. Każdy pułkownik ma twarz zasępioną, czujne, wypatrujące oczy i czarny, krótko przystrzyżony wąsik. Jeden z dziennikarzy gwatemalskich powiedział mi: "ja ich nie rozróżniam", ale nie ulega wątpliwości, że pułkownicy potrafią rozróżniać się między sobą.

 

Krótką relację z tej narady daje nam laureat Nagrody Nobla, pisarz gwatemalski Angel Asturias, w swojej książce "Latino-America y otros ensayos". Otóż po stwierdzeniu, że Mendez Montenegro wybory wygrał, pułkownicy "byli już zdecydowani dać mu 24 godziny na opuszczenie kraju, unieważnić wybory, ogłosić stan wyjątkowy, powołać juntę wojskową i uruchomić ogromny aparat represji". Plan ten uczestnicy narady przyjęli przez aklamację i już, już zaczęli rozdzielać między sobą stanowiska, kiedy okazało się, że z całej historii nic nie wyjdzie. "Cały plan -- pisze Asturias - rozleciał się nagle, ponieważ któryś z nich powiedział, że Mendez Montenegro cieszy się sympatią ambasady Stanów Zjednoczonych i że wobec tego nie będzie możliwe przedstawić go jako groźnego w służbie Moskwy i wspólnika partyzantów walczących w kraju".

 

Widzimy, jak w tym momencie opada 40 par krótko strzyżonych wąsików i cisza zalega wielka. Tak, ta wiadomość zmieniała postać rzeczy. Narada musiała szukać innego wyjścia. Musiała szukać i znalazła. Wybrany na prezydenta republiki Mendez Montenegro musiał stawić się na naradę, gdzie powiedziano mu, co następuje: "Będzie mógł pan zostać prezydentem republiki pod warunkiem podpisania naszego ultimatum".

 

"Ultimatum - pisze dalej Asturias - składało się z pięciu punktów:

1 - nie będzie zmian na stanowiskach dowódców armii,

2 - wszystkie sprawy dotyczące wojska pozostaną w wyłącznej kompetencji Ministerstwa Obrony,

3 - wojskowi przebywający na emigracji (grupa Arbenza) nie będą mieli prawa powrotu do kraju,

4 - nie wolno przeprowadzać śledztwa w sprawie działalności dotychczasowego rządu wojskowego,

5 - jeżeli któryś z tych punktów zostanie naruszony, nastąpi automatycznie przewrót wojskowy".

 

I Mendez Montenegro podpisał, jako że okazał się dobrym pozorantem. Od połowy roku 1966 do połowy roku 1970 były dziekan Wydziału Prawa udaje prezydenta Gwatemali. Eksperyment ten jednak nie powiódł się aż na tyle, żeby go dalej kontynuować i po skończeniu kadencji Mendeza władzę objął znowu pułkownik - nazwiskiem Arana Osorio.

 

12.

 

Pułkownik Arana, prezydent Gwatemali na lata 1970-1974, wieloletni funkcjonariusz CIA, przezwany "Czarnym Pająkiem", a także "Rzeźnikiem z Zacapy", zdobył sławę jako pacyfikator oddziałów partyzanckich i tysięcy chłopów w departamencie Zacapa, graniczącym z departamentem Izabal, który w całości stanowi własność United Fruit. Zresztą departament Zacapa jest też w części własnością United Fruit.

 

Poczynając od roku 1954, tj. od czerwcowej interwencji CIA, która utopiła we krwi rewolucję gwatemalską, rozwój wewnętrzny tego kraju sprowadza się do stałego doskonalenia - rok po roku - systemu represji i terroru: faszyzmu.

 

Co wniósł do tego dzieła Arana Osorio, najważniejszy (obok Arriaga Bosque) pułkownik w okresie prezydentury Mendeza Montenegro? Arana stworzył sieć organizacji bojówkarskich, których zadaniem jest fizyczna likwidacja ludzi uznanych przez ANS, przez wywiad wojskowy (tzw. G2) i przez CIA za opozycję, za wrogów reżymu, za komunistów itd. Czas powstania tych organizacji przypada na lata 1966-1968, tj. na okres, kiedy w Gwatemali rozpoczęła się nieoficjalna, zbrojna interwencja USA dowodzona przez grupę przerzuconych z Wietnamu oficerów armii amerykańskiej z formacji "Zielonych Beretów", w skład której wchodzili m. in. pułkownicy armii USA - John D. Webber (zastrzelony przez partyzantów), Robert H. Berry (aktualny szef misji wojskowej USA) i Ciarence D. Mitchell Jr. (z-ca szefa misji).

 

Oto wykaz tych organizacji, ściślej: faszystowskich paramilitarnych bojówek, tworzących prawdziwe państwo podziemne.

 

MANO - Movimiento de Aceton Nacionalista Organizado, Ruch Zorganizowanej Akcji Narodowej.

Aktualny szef: płk Angel Ponce, jednocześnie rzecznik rządu Gwatemali. Siedziba: gmach Sztabu Generalnego armii w Matamoros (Gwatemala).

 

NOA -Nueva Organizacion Anti-comunista, Nowa Organizacja Antykomunistyczna.

Szef: płk Zepeda Martinez. Siedziba: jw. CADEG - Consejo Anti-comunista de Guatemala, Rada Antykomunistyczna Gwatemali.

 

CRAG - Comite de Represion Antiguerrillera, Komitet Represji Antypartyzanckiej.

 

ODEACEC - Organizacion de Asociaciones Contra el Comunismo, Organizacja Związków do Walki z Komunizmem.

 

FRN - Frente de Resistencia Nacional, Front Oporu Narodowego.

 

RAYO - Promień; RAYO wycina na zwłokach strzałę.

 

Inne organizacje mają też swój sposób znakowania ofiar. Np. MANO (co znaczy: ręka) obcina żywej lub martwej ofierze palce prawej ręki. Bojówki prowadzą między sobą zawody o liczbę zamordowanych ludzi. Przy zwłokach zakatowanych ofiar, porzucanych najczęściej w rowach przydrożnych, można znaleźć kartkę z napisem: "Esto ha hecho la NOA. A ver que hace ahora la MANO" ("To zrobiła NOA. Zobaczymy, co zrobi teraz MANO"). W ramach tych organizacji działają również indywidualni wyczynowcy. I tak niejaki Oliva Valdez chwali się publicznie, że osobiście zamordował 40 osób (relacja Juana Maestre).

 

Oficjalnie, formalnie, bojówki te działają poza rządowo-wojskowo-policyjnym aparatem represji, są nawet - znowu formalnie - nielegalne. Trzymając się tej formuły, prasa amerykańska perswaduje nam, że w demokratycznym państwie Gwatemali wszystko jest w porządku, poza tym jednym nieszczęściem, że toczy się tam podziemna wojna terrorystyczna, w której nielegalni terroryści skrajnej prawicy walczą z nielegalnymi terrorystami skrajnej lewicy, ot i cała historia.

 

 

 

"Dziecinna ta teoria - stwierdza Gwatemalski Komitet Obrony Praw Człowieka w swoim memorandum skierowanym do ONZ w 1968 roku - próbuje przedstawić sytuację jako walkę dwóch podziemnych frakcji, podczas gdy organizacje prawicy posługują się więzieniami należącymi do wojska i rządu, korzystają z samochodów rządowych posiadających numery rejestracyjne policji bezpieczeństwa, posiadają domy tortur strzeżone przez posterunki policji wojskowej, drukują swoje ulotki w wydawnictwie wojskowym, mają dostęp do Narodowego Archiwum Bezpieczeństwa, słowem, nie sposób przyjąć tezy, że chodzi tu o dwie walczące ze sobą frakcje podziemne, skoro istnieją wszelkie dowody udziału, winy i poparcia oligarchii narodowej, rządu i armii w rzeziach ludności kraju".

 

Tenże Komitet opublikował w Meksyku książkę ("La Violencia en Guatemala", 1969) stanowiącą wybór notatek, jakie ukazały się w prasie gwatemalskiej w latach 1967-1968 na temat ofiar bojówek Arana Osorio i Roberta H. Berry, szefa misji wojskowej USA. Tej książki nie mogłem przeczytać do końca. Jest to 215 stron następującego tekstu:

 

"- Zwłoki torturowanego mężczyzny, bez uszu, nosa, z obciętymi wargami, zostały znalezione w dzielnicy La Democracia, Jutiapa...

- Zwłoki mężczyzny z obciętą głową znaleziono w pobliżu majątku Pena Aspera, departament Jutia...

- 30 I 68. Na terenie kraju znaleziono dziś zwłoki ośmiu osób rozstrzelanych...

- 31 I 68. Na terenie kraju znaleziono dziś zwłoki sześciu osób zabitych strzałami w tył głowy...

- W pobliżu wioski El Olvido znaleziono zwłoki człowieka ze śladami 43 kuł kaliber 45...

- Przy drodze Gwatemala-Chuarrancho znaleziono czaszkę mężczyzny, dalej - kawałek mózgu, jeszcze dalej - nos...

- Zwłoki trzynastu zamordowanych znaleziono w pobliżu Nueva Concepcion, Escuinta...

- Zwłoki dwóch mężczyzn o głowach tak zmasakrowanych, że identyfikacja okazała się niemożliwa, zostały znalezione...

- Jose Oxlaj, lat 26, został zastrzelony na oczach matki we wsi Quebrada del Durazno. Przed egzekucją w obecności matki obcięto mu wargi...

- Zwłoki trzech chłopów zostały znalezione koło wsi La Union, Zacapa... łącznie w ciągu ostatnich trzech dni znaleziono zwłoki 22 osób..."

 

A obok tego inna litania:

 

"- Osoby, które wiedzą coś o losie Pinedy Corleto, lat 17, proszone są o powiadomienie siostry...

- Jovita Luna, matka studenta Moralesa Luna, prosi wszystkie osoby, które wiedzą coś o losie jej syna...

- Juana Cos de Ruiz prosi o wiadomość o losie jej męża, Filiberto Ruiza, uprowadzonego z domu 21 marca...

- Regina Garrido de Marroquin, matka Santosa Marroquin, lat 18, prosi o wiadomość o losie jej syna...

- Matka Oscara Lopeza, porwanego przez policję, prosi o wiadomość...

- Maria Estela Paz, matka... prosi osoby, które...

- Teresa Garrido, matka... prosi..."

 

13.

 

"Maria Garcia Perez prosi osoby, które porwały Luisa Alberta Garcię, aby darowały mu życie..."

"Nie wiem - mówi Hilda Franco - brata wzięli nad ranem, od tego czasu, nie wiem, gdzie jest..."

"Nie wiem - mówi Guillermina de Escobar - przyszło ich sześciu, byli ubrani po cywilnemu, zabrali syna, który więcej nie wrócił..."

"Nie wiem - mówi Blanca de Aguirre - mąż właśnie przyszedł z pracy, miał jeść, podjechali jeepem..."

Najczęściej jeżdżą w jeepach, mają ciemne okulary, zielone koszule, krótkie automaty kaliber 45.

 

Czasem MANO wywiesza na murach swoje listy. Na tych listach znajdują się nazwiska osób przeznaczonych na tortury i rozstrzelanie. Potem czyjaś ręka skreśla z tych list nazwiska.

 

Skreśleni już nie wrócą.

 

"Podszedłem do jednego z zatrzymanych. Powiedział mi, że nazywa się Manuel. Zapytałem, dlaczego ich tu przywieźli, i odpowiedział mi: "(...)". Powiedział mi, że kiedyś pracował dla pułkownika Arbenza. Poprosił mnie o papierosa. Inni nie chcieli papierosów i nie chcieli rozmawiać. Pewnie dlatego, że byłem w mundurze sierżanta. Tego, który nazywał się Manuel, zapytałem, czy nie chciałby przekazać coś rodzinie, i odpowiedział: (...).

 

Zwłoki te zostały później zrzucone do morza z samolotu, który pilotował syn obecnego prezydenta Arana, oficer lotnictwa gwatemalskiego.

 

Nie wszystkich rozstrzeliwują. W Puerto Barrios zamordowano 8 działaczy związkowych w ten sposób, że jeździły po nich wyładowane kamieniami ciężarówki tak długo, aż na placu nie zostało nic oprócz porozrzucanych strzępów ciał.

 

W stolicy Gwatemali przed gmachem Cuarto Cuerpo - jest to nazwa tutejszego Gestapo - stoi kolejka kobiet. W okienku policjant w czapie nasuniętej na oczy, z papierosem, wszystko jak w tanim filmie kryminalnym, rozpięty mundur, rewolwer na stole, słucha pytań, na które, ma zawsze jedną odpowiedź: "Takiego nie znamy... nie, takiego nie znamy..."

 

Kolejka kobiet przesuwa się dalej.

 

14.

 

Apel Poległych.

 

W roku 1968 ofiarą faszyzmu padło w Gwatemali ponad 3000 osób. Część zginęła w czasie tortur w obozie koncentracyjnym w Camotan, departament Zacapa, w obozie koncentracyjnym Rio Hondo, departament Zacapa i w obozie koncentracyjnym Usu-matlan, departament Zacapa.

 

Inni padli zamordowani w domach, na ulicy, w rowach przydrożnych.

 

Facundo Ramirez, z Los Andes, chłop

Romeo Padilla, z Finca Monjas, chłop

Rolando Herrera, robotnik

Rene Castillo, poeta

Pastor Hernandez, z El Picacho, i 47 innych

27 chłopów rozstrzelanych w górach Patzun, bezimienni

Emilio Diaz Lopez i 6 innych, z Agua Blanca, chłopi

Eduardo Sosa Montalvo, z miasta Gwatemala, inżynier

15 chłopów rozstrzelanych pod Las Pozas, bezimienni

Morales Saavedra, z San Jorge, chłop...

 

15.

 

Pułkownik Arana, przepracowany, zmęczony, bo jak twierdzi Aguirre Monzon, "Arana wydał osobiście ponad 8 tysięcy wyroków śmierci" ("Excelsior", 10 3 70), pojechał w końcu roku 1968 jako ambasador - odpocząć do Managua.

 

Po roku wrócił jednak do Gwatemali kandydować na prezydenta. Wrócił wozem pancernym, który ofiarował mu przyjaciel, prezydent Nikaragui Anastasio Somoza. Somoza ma u siebie podobne problemy co Arana, a ponieważ w ramach pomocy wojskowej USA uzbierało mu się kilka wozów pancernych, jeden dał pułkownikowi.

 

Jeszcze hen przed wyborami Arana zapowiedział, że "lud wybierze mnie prezydentem". Kto zna Gwatemalę, nie mógł nie wierzyć. We wszystkich, przemówieniach i wywiadach Arany w kółko powtarza się zdanie: "Trzeba skończyć z anarchią i zaprowadzić porządek". Drugi jego ulubiony zaśpiew to podkreślanie przy każdej okazji: "Jestem twierdzą antykomunizmu w Ameryce Łacińskiej", tak jakby ktoś w to wątpił.

 

Formalnie biorąc, kandydując na prezydenta Arana Osorio był tylko pułkownikiem, a jednak reporter "Excelsioru" Feriiandez Ponte pisze, że "dysponował w tych oborach niemal takimi funduszami jak rząd. Pieniądze te otrzymał od latyfundystów, przemysłowców i monopoli USA".

 

Oczywiście, że nie mógł przegrać.

 

Zapytany, co zrobi, jeżeli przegra, odpowiedział: "Zrobię przewrót wojskowy".

 

W wyborach głosowało na niego 235 tysięcy ludzi, co stanowi 4,5 procent mieszkańców Gwatemali. (Blisko 80 procent ludności tego kraju nie ma prawa głosu, ponieważ nie umie czytać i pisać). Te 4,5 procent wystarczyło, żeby został wybrany prezydentem republiki. Po tym zwycięstwie poleciał od razu do Waszyngtonu - po instrukcje.

 

16.

 

Do takiego kraju w końcu stycznia 1970 przyjechał nowy ambasador NRF, Kari von Spreti, i po dwóch miesiącach został uprowadzony przez grupę partyzantów.

 

Ruch partyzancki narodził się w Gwatemali jesienią 1960 roku. 13 listopada w Głównej Kwaterze Armii w stolicy Gwatemali grupa oficerów buntuje się przeciw rządom generała Ydigorasa. Na czele tej grupy stoi pułkownik Rafael Pereira. Pułkownik zabija dwóch innych pułkowników, którzy próbują stawiać mu opór, robi się zamieszanie, rebelianci porywają kilka jeepów, jeden czołg i uciekają ze stolicy. Zbuntowana kolumna dociera do Zacapy, gdzie bez jednego strzału zajmuje koszary garnizonowe. Po tym zwycięstwie jedzie dalej na wschód i zdobywa główny port gwatemalski na Atlantyku - należący zresztą do United Fruit - Puerto Barrios. Ydigoras ogłasza, że jest to inwazja Kuby na Gwatemalę, okręty wojenne USA płyną do Puerto Barrios, pułkownik Pereira ucieka do Meksyku i po trzech dniach bunt zostaje stłumiony. Ale kilku młodszych oficerów z grupy Pereiry postanawia nie składać broni i chroni się w pobliskich górach. Na czele tego oddziałku stoi porucznik Yon Sosa i podporucznik Turcios Lima. Obaj kończyli amerykańskie szkoły walki z partyzantką. Pierwszy - w Panamie, drugi - w Fort Bennigs, Georgia.

 

Wkrótce po owym buncie światek stołeczny zajął się swoimi sprawami i o młodych porucznikach zapomniano. W Ameryce Łacińskiej jest rzeczą zwyczajną, że jeśli grupie oficerów przewrót nie wyjdzie, jadą za granicę albo uciekają do lasu, a potem, kiedy emocje już opadną, wracają do koszar i znowu po jakimś czasie zaczynają obmyślać kolejny przewrót: po to, w końcu, ci oficerowie są.

 

Tymczasem oddziałek Yon Sosy rozrósł się w dużą grupę partyzancką, która przyjęła nazwę Movimiento Revolucionario 13 de Noviembre, w skrócie: MR - 13. Na początku. roku 1962 grupa stoczyła pierwsze potyczki z wojskiem. Wieść gruchnęła po świecie; że Gwatemala ma partyzantkę. Na taką wiadomość w Ameryce Łacińskiej pierwsi ruszają do czynu trockiści. Wszystkich trockistów latynoskich można by prawdopodobnie zmieścić w jednej dużej kawiarni, ale są to ludzie fanatyczni i bardzo ruchliwi. Jednym z centrów trockizmu - jeżeli można użyć tak dużego słowa dla tak małego ruchu - jest Meksyk. Właśnie z Meksyku przedostaje się do grupy Yon Sosy kilku trockistów. Yon Sosa ma w tym czasie 23 lata, jego orientacja w świecie ideologii jest właściwie żadna, to, co porucznik wie, i to, co mówi, sprowadza się do ogólnej tezy, że trzeba walczyć z imperializmem USA o powszechną sprawiedliwość społeczną. Turcios Lima, który podobnie jak Yon Sosa nie jest ideologiem, uważa, że ruch powinien być gwatemalski, że nie trzeba mu podejrzanych cudzoziemców, i na tym tle dochodzi między kolegami do sporu. W rezultacie Turcips odchodzi z grupą ludzi i tworzy własny oddział, dając mu nazwę Fuerzas Armadas Rebeldes (FAR). Mimo tej separacji oba oddziały - albo jak mówi się w języku partyzantów latynoskich: oba fronty - utrzymują kontakt i prowadzą wspólną walkę (Yon Sosa w końcu owych trockistów wyrzucił).

 

W roku 1963 partyzanci kontrolują już część Gwatemali, a wojska rządowe znajdują się w defensywie. W takiej sytuacji przyjeżdża ż USA pierwsza grupa oficerów Rangers. Pentagon prowadzi w Ameryce Łacińskiej politykę dwustopniową. Tam, gdzie jest spokój, zadania misji wojskowej USA mają charakter ograniczony. Owszem, misja nadzoruje, instruuje, poucza, prowadzi kartoteki oficerów danej armii, co raz to każe któregoś oficera usunąć albo każe prezydentowi zwiększyć wydatki na wojsko, czasem poleci zamknąć jakiegoś komunistę albo pomoże przygotować przewrót wojskowy. Ale właściwie - niewiele więcej. Jeżeli jednak pojawią się partyzanci, sprawa ulega radykalnej zmianie.

 

 

 

Pierwsza rzecz - przyjeżdża grupa oficerów Rangers. Grupa oficerów składa wizytę w Sztabie Getieralnym armii tego kraju, do którego została przysłana. Odbywają rozmowę z miejscową elitą wojskową. Sens tego, co mówią z tej okazji Rangersi, jest mniej więcej taki: żyliście sobie, koledzy, spokojnie i szczęśliwie, niestety, skończyły się dobre czasy. Pojawiła się u was partyzantka. Nie jest to wasza sprawa wewnętrzna. Przeciwnie, partyzantka ta jest tylko fragmentem agresji komunistycznej na naszą hemisferę. A wiecie, że armia USA ma swoje zobowiązania kontynentalne. W tej sytuacji jesteśmy zmuszeni objąć dowództwo całej operacji i zlikwidować ruch partyzantów możliwie najkrótszym czasie. Jasne? Jutro odprawa w tym samym miejscu o 9.00 A.M.

 

I wychodzą.

 

Nie jest to moment szczęścia dla tych, którzy zostali w pokoju odpraw. Żadnemu pułkownikowi nie w smak słuchać rozkazów kapitana, choćby to był kapitan armii USA i nie wiadomo jak doświadczony Ranger. Ale z drugiej strony nacierają partyzanci i bez tych wysokich blondynów nie wiadomo, kto by w tej wojnie wygrał. A nawet, właściwie, wiadomo. W historii ruchów partyzanckich Ameryki Łacińskiej nie było w ostatnich latach ani jednego wypadku, żeby sama armia danego kraju była zdolna taki ruch zlikwidować czy chociażby poważnie go osłabić. Zawsze występują dwie wyraźne fazy działań operacyjnych. W pierwszej - pojawia się partyzantka, która zaczyna stopniowo zdobywać teren. W drugiej - przyjeżdżają amerykańscy Rangers, którzy stopują partyzantów i zaczynają realizować plan nazwany w ich języku "okrążeniem i likwidacją".

 

W 1963 roku przy jeżdżą do Gwatemali pierwsza grupa Rangers, ale na razie szuka się jeszcze rozwiązań politycznych. Ydigoras zostaje usunięty, a jego miejsce zajmuje Peralta. W całym kraju zaczyna się spis "komunistów". Peralta militaryzuje administrację. Ruch partyzancki jednakże rośnie i paraliżuje działania dyktatury. Więc co jakiś czas przybywają nowe posiłki Rangers. Francuski dziennikarz Jeah Larteguy pisze, że w 1967 roku mówi się w Gwatemali o trzystu partyzantach leśnych i o tysiącu Rangers, najczęściej w mundurach armii gwatemalskiej. Larteguy ocenia, że i jednych, i drugich jest mniej, ale że liczba Rangers nie jest mniejsza niż dwustu, co oznacza, że na jednego partyzanta przypada co najmniej jeden Ranger.

 

Totalna ofensywa przeciw partyzantom zaczyna się w 1966 roku. Ruch partyzancki przeszedł w tym czasie poważną ewolucję ideową: do ruchu włączyła się partia komunistyczna (Partido Guatemalteco del Trabajo). Jedna z rezolucji partii mówi, że "ponieważ klasy reakcyjne posługują się metodami ekstremistycznymi i ponieważ oddały one władzę wojsku, siły rewolucyjne zostały zmuszone uciec się do metod ekstremistycznych... Naród Gwatemali musiał wejść na drogę walki zbrojnej, ponieważ siły reakcji stawiają morderczy opór wszelkim przemianom demokratycznym".

 

W warunkach Gwatemali dyskusja na temat słuszności czy niesłuszności metod tzw. terroru indywidualnego jest bezprzedmiotowa, ponieważ w kraju tym jest to jedyna możliwa metoda walki i wręcz jedyna możliwa forma samoobrony. Tylko ludzie, którzy znają partyzantów gwatemalskich z relacji "New York Times'a", mogą twierdzić, że nie rozumieją oni czy nie doceniają pracy wśród mas, kształcenia ich świadomości itd. Rozumieją doskonale, tylko że nie sposób wiele zrobić. System kontroli i represji jest tak szczelny, że nie ma gdzie palca wcisnąć.

 

Dawniej partyzanci próbowali organizować na wsiach wiece, pogadanki itd., próbowali uświadamiać. Na drugi dzień przychodziło do wsi wojsko i urządzało masową egzekucję tych wszystkich chłopów, którzy byli na wiecu. Liczba ofiar była tak duża, że trzeba było tej formy pracy zaniechać. Ulotki, gazetki, broszury - to wszystko nie wchodzi w rachubę, ponieważ cała wieś jest analfabetyczna.

 

 

 

Na to wszystko nakłada się cztery i pół wieku stosunków rasistowskich, zapoczątkowanych jeszcze przez kolonializm hiszpański. Należy ogarnąć cały dramatyzm tej wojny i wielką tragedię ludzi, którzy w niej walczą. Bo partyzanci rekrutują się w większości z miasta. Miasto to biali i Metysi, a wieś - to Indianie. Miastowi żyli setki lat z potu i z krwi indiańskiej, chłopskiej. Teraz chłop-Indianin nie ufa miastowym, nienawidzi ich, nie znają nawet swoich języków. I oto partyzanci - w większości biali i Metysi - walczą w obronie chłopa-Indianina i giną w tej walce z rąk szeregowca gwatemalskiego, który jest Indianinem w służbie krwawej dyktatury, żywiącej się jego własną nędzą i ciemnotą.

 

Czy można w tym miejscu nie pomyśleć o straszliwej samotności partyzanta, który ginie w tej wojnie?

 

Nasz partyzant miał poczucie, że stoi za nim naród. W Gwatemali nie ma narodu, 80 procent ludności nie zna słowa ojczyzna, nie wie, co to pojęcie oznacza.

 

Po śmierci Karla von Spreti ukazało się w prasie europejskiej kilka komentarzy, które próbowały wytłumaczyć, dlaczego partyzanci zabili ambasadora. Komentarze te miały tytuły w rodzaju: "Terror przeciwko terrorowi", "Gwałt się gwałtem odciska" itd. Otóż są to sformułowania z gruntu niesłuszne, ponieważ nie można stawiać na jednej płaszczyźnie zwierzęcego terroru MANO i NOA i walki ludzi, którzy muszą zabijać, ponieważ chcą żyć, i którzy muszą porywać, ponieważ tylko w ten sposób mogą próbować ocalić dziesiątki uwięzionych przed śmiercią w torturach. Są to dwie sytuacje moralnie nieporównywalne.

 

W końcu 1966 roku zginął Turcios Lima, a potem - inny z dowódców: Rolando Herrera. Życie partyzanta gwatemalskiego trwa średnio 3 lata. Przeciętny wiek: 22 lata. Z pierwszego oddziału Yona Sosy nie żyje nikt. Są to fakty w Gwatemali powszechnie znane i chłopak, który decyduje się wstąpić do ruchu, wie, co go czeka. Na tym polega jeden z problemów tutejszej partyzantki: brak doświadczonych ludzi. Brak w partii i brak w oddziałach, ponieważ człowiek, który zaczyna w tym kraju walczyć, żyje krótko.

 

A jednak mimo trwającej już piąty rok ofensywy Rangers, wojska i paramilitarnych bojówek w rodzaju MANO czy NOA ruch partyzancki istnieje i walczy. Działają oddziały w lasach i oddziały w mieście. Bazą oddziałów leśnych jest Sierra de las Minas - łańcuch górski, ciągnący się wzdłuż rzeki Motagua i jedynej szosy łączącej stolicę Gwatemali z Puerto Barrios, a więc - z Atlantykiem. Dolina tej rzeki jest jedną z najpiękniejszych, jakie istnieją na świecie. Szeroka, przestronna, zatopiona w zieleni i w słońcu. Cała Gwatemala, podobnie jak cała Ameryka Środkowa, jest krajobrazowo jednym z najbardziej bajecznych zakątków ziemi.

 

W połowie doliny Motagua leży miasteczko Zacapa, w którym znajduje się garnizon wojskowy - centrum walki z ruchem partyzanckim. Dowódcą tego garnizonu był Arana Osorio. W 1969 roku FAR wydał na niego wyrok śmierci. Dziś pułkownik - i nowy prezydent - porusza się tylko w wozie pancernym.

 

Po śmierci Turciosa dowództwo FAR objął Cezar Montes. Ma on dziś 28 lat. Kiedyś studiował prawo na miejscowym uniwersytecie. MR-13 przyłączyło się do FAR i FAR zmieniło nazwę (ale nie skrót) na Faerzas Armadas Revolucionarias.

 

Ruch partyzancki w mieście dzieli się na dwie formacje:

 

Brigadas Permanentes de Combate (BPC) - są to oddziały akcji zbrojnej; to one staczają potyczki, wykonują wyroki, porywają, konfiskują pieniądze w bankach, dokonują aktów sabotażu itd.

 

 

 

Unidades de Autodefensa (UAD) - mają dwa zadania: prowadzą wszelkiego rodzaju działalność polityczną, propagandową, strajkową. Np. zajmują radiostację i nadają komunikaty FAR. UAD odpowiadają również za zaopatrzenie oddziałów leśnych, których wielkim problemem jest brak żywności. W lasach nie ma co jeść, a wsie są zbyt biedne, żeby wyżywić partyzantkę. Nie ma natomiast problemu pieniędzy, ponieważ ruch partyzancki finansuje miejscowa oligarchia w następujący sposób: FAR porywa bogatego bankiera, fabrykanta czy plantatora, który zostanie wypuszczony po zapłaceniu przez rodzinę okupu, najczęściej w wysokości ćwierć miliona dolarów: taka jest stawka akceptowana przez obyczaj. Wyobraźmy sobie bogactwo tych rodzin w ubogim, zacofanym państewku, wypłacających co jakiś czas ćwierć miliona dolarów bez większego dla siebie uszczerbku. Zdobyte w ten sposób kwoty idą w części na potrzeby ruchu, a w części zostają rozdzielone między chłopów.

 

17.

 

W 24 godziny po owej scenie na Avenida de las Americas, która kończy się odjazdem dwóch volkswagenów (w jednym z nich znajduje się Kari von Spreti), zbiera się rząd Gwatemali, żeby rozpatrzyć treść małej karteczki, którą łącznik FAR doręczył nuncjuszowi papieskiemu - Girolamo Prigione. Karteczka mówi, że ambasador NRF znajduje się w rękach FAR i że zostanie zwolniony po wypuszczeniu z więzień piętnastu partyzantów. Ludzie, którzy postawili ten warunek, nie są, garstką awanturników czy zaślepionych ekstremistów. W ostatnim okresie przybyły do Meksyku grupy bojowników z Brazylii, Dominikany i Gwatemali, uwolnionych z więzień w zamian za zwolnienie porwanych dyplomatów. Miałem okazję z nimi rozmawiać.

 

To, co zwraca przede wszystkim uwagę, to niezwykła inteligencja tych chłopców, ich głęboka wiedza o sprawach swojego kraju, ich rzeczowość i rozsądek. Tylko ktoś bardzo naiwny może pouczać tych ludzi, co to jest immunitet dyplomatyczny, albo klarować im, że walka masowa jest lepszą formą działania niż tzw. terror indywidualny. Oni wiedzą o tym doskonale! Emiliano Gomez, jeden z więźniów wymienionych za attache wojskowego USA w Dominikanie, opowiadał mi, jak jego partia (Partido del Pueblo Dommicano), którą określił jako marksistowsko-leninowską, prowadzi pracę masową wśród chłopów i robotników. Sam Gomez jest z zawodu tokarzem, a w jego fabryce istnieje siec tajnych komórek, których członkowie zajmują się działalnością wychowawczą wśród mas. W poglądach tych ludzi trudno dopatrzyć się skrajności politycznych. To, co ich łączy i w czym są zgodni, to nienawiść do tyranii kolonialnej USA, którą określają jako "obcą okupację, wspierającą się o rodzimych quislingów". W wypadku Dominikany czy Gwatemali definicja ta nie podlega dyskusji.

 

Dlaczego jednak porywają dyplomatów? Możną to zrozumieć, znając sytuację więźnia politycznego w Ameryce Łacińskiej.

 

A mianowicie:

 

- ktoś, kto narzekał na reżym albo prowadził z nim walkę, zostaje osadzony w więzieniu.

 

Człowiek ten nie jest o nic oskarżony.

 

Ponieważ nie jest oskarżony, nie może odbyć się proces. Skoro nie ma procesu, nie ma również wyroku. A zatem nie ma właściwie kary. Nie ma prokuratora, nie ma obrony, nie ma apelacji ani amnestii. Nie ma zeznań, aktów oskarżenia, nic. Świadek może stać się winnym, winny - niewinnym, choć właściwie też nie, ponieważ żaden sąd nikogo o nic nie wini. Sytuacja więźnia sprowadza się praktycznie do prostej formuły: Dlaczego siedzi? Bo został posadzony.

 

Może wyjść za rok albo za 10 lat, ale może nie wyjść już nigdy. Wielu z tych więźniów wypuszczają, kiedy odchodzi prezydent, który ich posadził. Każdy prezydent ma swoich więźniów, ich los związany jest z jego losem. Nowa figura zajmuje fotel prezydencki i nowi więźniowie zapełniają cele. Dlatego z dojściem jakiegoś prezydenta do władzy z reguły emigruje pewna grupa ludzi - są to jego osobiści wrogowie, którzy wiedzą, że poszliby za kraty. Ale tak liberalne stosunki panują tylko w tych krajach Ameryki Łacińskiej, w których jest jakaś demokracja, natomiast tam, gdzie rządzą dyktatury, więzień ma znikomą nadzieję, że odzyska wolność i, przede wszystkim, że będzie żyć.

 

Jest to przypadek Gwatemali. Schwytanego biorą na tortury. Jeżeli przetrzyma tortury - zamykają go w więzieniu. Następna seria tortur i epilog: zwłoki znalezione gdzieś w rowie.

 

Nie ma żadnej legalnej drogi obrony czy ratunku więźnia. Prawo nie ma do niego dostępu. Wyzwolenie więźnia za pomocą akcji zbrojnej jest prawie niemożliwe: więzienia polityczne w Gwatemali znajdują się na terenie koszar, jednego więźnia pilnuje kilkunastu czy kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy, czołgi, artyleria.

 

Pozostaje tylko jeden sposób: porwać przeciwnika i wymienić za więźnia. Akcja porywania nie jest działaniem przypadkowym, nie porywa się kogoś pierwszego z brzegu. Cel jest ustalany po długich dyskusjach, z rozmysłem. Chodzi o uzyskanie maksymalnego efektu, i to tak, żeby uniknąć ofiar i strat.

 

 

 

Karl von Spreti nie został porwany przypadkowo, ot, sześciu chłopców postanowiło złapać ambasadora. Była to przemyślana operacja. Dowództwo FAR, decydując się na nią, mogło mieć pewność, że zakończy się powodzeniem, tzn. że hrabia wróci do rezydencji, a później do rodzinnej Bawarii, a 22 cennych dla ruchu ludzi zachowa życie. Na czym opierała się ta pewność? Na wyborze momentu: następnego dnia Willy Brandt zaczynał wizytę w Stanach Zjednoczonych. Liczono, że Brandt wstawi się u Nixona za swoim ambasadorem, że prezydent Nixon powie: "Spróbuję coś zrobić", że wystarczy jeden telefon do Departamentu Stanu.

 

Można przyjąć, że Brandt w rozmowie z Nixonem sprawę von Spretiego poruszył. Nie wiemy, czy był ten telefon. Może nawet był, ale za słaby. Może ograniczał się do "sprawdźcie", "zobaczcie" itp. Dowodowe FAR liczyło, że ze względu na obecność Brandta w Waszyngtonie reakcja Białego Domu będzie silna. Tym bardziej, że przyjmując miary polityki wielkiej, taka interwencja nie kosztowała właściwie nic. Oczywiście FAR wiedziało, że sprawa musi potrwać. Zwykle ustala się czas wymiany na dobę, najwyżej - na dwie doby. Tu czekano sześć dni.

 

Ale Waszyngton milczał.

 

Porwania ambasadora NRF wywołało poruszenie w światku dyplomatycznym stolicy Gwatemali. Mnóstwo depesz z tego okresu informuje, że dyplomaci zaczęli w sprawie hrabiego działać, naciskać, interweniować. Wiemy z tych relacji, co robił ambasador Meksyku, Chile czy Japonii. Natomiast w żadnej z depesz ani słowa o ambasadorze USA. Każdy wie, kim jest ambasador USA w kraju Ameryki Środkowej: jest Panem Bogiem. Wystarczyłby jeden jego telefon do Sztabu Generalnego armii: "Koledzy, bądźcie łaskawi wypuścić tych waszych buntowników, bo chciałbym mieć dzisiaj hrabiego u siebie na kolacji".

 

Ale takiego telefonu nie było.

 

Tymczasem rząd Gwatemali obradował. Prezydent Mendez był nawet za uwolnieniem partyzantów: kończył swoją kadencję i wolałby zamknąć ją okrągło i gładko. Ale zdanie prezydenta nie miało znaczenia. Zdanie Mendeza nigdy nie miało znaczenia, poza tym w dniu porwania hrabiego Gwatemala miała już - nieformalnie, ale faktycznie - nowego prezydenta: pułkownika Aranę. Tak więc Mendez nie istniał jak gdyby podwójnie: nie istniał tradycyjnie i nie istniał ze względu na Aranę.

 

0 stanowisku rządu decydowało zdanie kamaryli pułkowników. Na posiedzeniu gabinetu kamarylę reprezentował minister obrony i szef armii - pułkownik Doroteo Reyes, tęgi młody oficer o przylizanych brylantyną włosach. Reyes powiedział trzy rzeczy: pierwszą - że więźniów wypuszczać nie wolno, drugą- że jeśli rząd wbrew armii zwolni więźniów w zamian za zwolnienie hrabiego, wojsko zrobi zamach stanu, i trzecią - że należy wprowadzić stan wyjątkowy.

 

Wszystko było w tym przemówieniu ważne, przy czym szczególne znaczenie miał punkt trzeci - o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Zgodnie z konstytucją Gwatemali, której przestrzega się wtedy, kiedy jest to wojsku wygodne, stan wyjątkowy oznacza przejęcie całej władzy przez armię. I więcej: działań armii nie ogranicza wtedy żadne prawo, słowem: może robić, co chce. Jest to swoisty rodzaj przewrotu wojskowego przy zachowaniu form legalizmu. Mendez Montenegro przystał skwapliwie na ten wariant, który pozwalał mu formalnie zachować fotel prezydencki. Był tak wdzięczny wojsku za ten gest pobłażliwości, że o Karlu von Spretim już zapomniał. Reyes mógł przecież wsadzić Mendeza w samolot, a jednak nie - pozwolił mu zostać.

 

 

 

I jako że nie było innych sprzeciwów, zabrano się do zredagowania komunikatu zgodnie z duchem wystąpienia ministra obrony. Komunikat ten, z 2 kwietnia, oddaje doskonale ową specyficzną cechę polityki latyno-amerykańskiej, polegającą na maniackich zabiegach o zachowanie pozorów prawa w sytuacji, kiedy żadne prawo nie istnieje. Mówi on mianowicie, że rząd więźniów wypuścić nie może, ponieważ "stanowiłoby to jaskrawe pogwałcenie zasad wyrażonych w Konstytucji Republiki, na których opiera się samo istnienie państwa". "Ależ od kiedy to w Gwatemali przestrzega się konstytucji?" - zapytuje następnego dnia komentator meksykańskiego "El Dia" - Guzman Galarza. Cała prasa meksykańska wybucha śmiechem na tą niezdarną i naiwną argumentację.

 

18.

 

W tej sytuacji, 4 kwietnia po południu, przylatuje z NRF dyrektor Departamentu Kadr bońskiego MSZ - Herr Hoppe. Wysoki ten urzędnik nic nie rozumie i zachowuje się tak, jakby przyjechał do normalnego państwa. Zamiast walić prosto do ambasadora USA, bo czas leci i termin ultimatum wygasa, dyrektor Hoppe zaczyna swoje zabiegi od złożenia wizyty w Protokole MSZ. Potem prosi o wizytę u prezydenta, który - to w końcu Hoppe powinien wiedzieć!- nie ma w tym momencie żadnej władzy. Oczywiście Mendez Montenegro przyjmuje dyrektora Hoppe i odbywa z nim rozmowę. Ciekawi mnie, czy w czasie tej rozmowy prezydenta Gwatemali nie brała ochota przysiąść się do dyrektora. Hoppe, położyć mu rękę na ramieniu i powiedzieć:

 

- Drogi panie, czy pan nie rozumie, że ja tu nie mam nic do gadania?

 

W każdym razie cała rozmowa, łatwo się domyślić, zakończyła się niczym. Była już sobota po południu: termin ultimatum FAR minął. Teoretycznie Karl von Spreti mógł już nie żyć. Dyrektor Hoppe uważał coś takiego za niemożliwe. Miał dobrą opinię o Gwatemali. Jeszcze w czasach Adenauera Gwatemala została wpisana przez Bonn na listę krajów uprzywilejowanych w dziedzinie otrzymywania pomocy. Co roku Bonn płaci na utrzymanie dyktatury gwatemalskiej blisko 3 miliony dolarów. NRF jest po Stanach Zjednoczonych drugim partnerem handlowym Gwatemali. Trudno ustalić dokładną wartość inwestycji zachodnioniemieckich w tym kraju, ale są one znaczne.

 

Suma tych interesów zdecydowała o ustępliwym stanowisku Bonn w sprawie swojego ambasadora. Przecież rząd NRF jeszcze za życia Karla von Spreti mógł postawić Gwatemali ultimatum grożące zerwaniem Stosunków dyplomatycznych i handlowych. Tak, to mogłoby zmienić los hrabiego: Gwatemali nie stać na stratę takiego rynku jak Niemcy Zachodnie, które kupują połowę jej kawy, produktu, z którego Gwatemala żyje. A jednak nikt takiego ultimatum nie postawił. Co więcej, już po śmierci von Spretiego charge d`affaires ambasady NRF w Gwatemali Gerhard Mikesch oświadczył, że "sytuacja spowodowana zabójstwem ambasadora nie zaszkodziła i nie zaszkodzi dobrym stosunkom handlowym istniejącym między obu krajami. Wzajemne obroty handlowe są poważne. Należy mieć nadzieję, że napięcie między obu państwami w odpowiednim czasie osłabnie. Rząd NRF będzie w dalszym ciągu udzielać pomocy technicznej rządowi Gwatemali".

 

Dyrektor Hoppe uważał do końca, że przykra sprawa Karla von Spreti zostanie załatwiona pomyślnie. "Der Spiegel" ujawnił później, że "jeszcze na kilka godzin przed śmiercią Karla von Spreti ambasada NRF w Gwatemali wysyłała do Bonn optymistyczne depesze".

 

19.

 

Kari von Spreti nie był w Gwatemali osobą postronną. Wkrótce po przyjeździe wdał się w wewnętrzne rozgrywki polityczne. Zbliżały się wybory. W ambasadzie USA zrobiono ocenę sytuacji: wojna domowa trwa, partyzantka istnieje i walczy. W tych warunkach trzeba skończyć eksperymenty z pozorantami, których wojsko w dodatku nie znosi, i zrobić prezydentem kogoś, komu nie drgnie ręka.

 

I palec wskazujący ambasady spoczął na osobie pułkownika Arana.

 

Tymczasem cywilna część oligarchii miała dwóch innych kandydatów: partia prezydenta Mendeza lansowała adwokata nazwiskiem Fuentes Pieruchini. Kandydatem miejscowej chadecji był Lucas Caballeros. W porównaniu z chadecją chilijską czy wenezuelską chadecja gwatemalska jest dużo mniejsza i bardziej prawicowa. Sam Lucas Caballeros był wiernym ministrem Ydigorasa Fuentesa, a później pułkownika Peralty. Między Araną i Lucasem istnieją tylko różnice taktyczne. Lucas uważa, że trzeba zrobić jakieś reformy - co prawda nie określa bliżej, jakie - natomiast Arana uważa reformy za brednie, za wymysł komunistów i liberałów.

 

Jak w każdym kraju Ameryki Łacińskiej, tak i w Gwatemali koło chadecji kręci się NRF. Chadecję popierała potężna ekonomicznie kolonia niemiecka, która mogła pociągnąć za sobą część chłopstwa i warstw średnich. Kari von Spreti liczył na to, że Lucas Caballeros będzie mógł powtórzyć sukces Eduardo Freia w Chile i Rafaela Caldery w Wenezueli. Pomagał mu w tym, jak mógł.

 

Te zapędy hrabiego bardzo nie podobały się w ambasadzie USA i w Sztabie Generalnym. W mieście tak prowincjonalnym, jak stolica Gwatemali, wszystko urasta do gigantycznych rozmiarów i zarówno CIA, jak i kamaryla pułkowników mogły uważać, że hrabia zagraża ich królestwu. Kto chciałby zawołać: "jak to, przecież USA i NRF to sojusznicy", musi zdać sobie sprawę, że historia ostatnich dni Karla von Spreti rozgrywa się w małej kolonii, w zabitym deskami świecie obsesji i paranoi, spoglądającym podejrzliwie nawet na przeciętnego mieszczucha francuskiego, ponieważ pochodzi z kraju, w którym zrobiono kiedyś rewolucję.

 

A więc sojusznicy, owszem, ale do chwili, kiedy mniejszy sojusznik nie próbuje przecisnąć się przez płot ogradzający posesję większego sojusznika. Kolonia amerykańska w Gwatemali, traktująca ten kraj jako swoją prywatną własność, chciała pozbyć się wpływów zachodnioniemieckich.

 

20.

 

I oto nadarzyła się okazja: Karl von Spreti został porwany przez FAR. Dowództwo FAR liczyło, że zwycięży nadrzędna polityka zachowania dobrych stosunków między Waszyngtonem i Bonn, a zwyciężyła mała polityka waśni o wpływy w zielonym państewku wciśniętym między dwa oceany.

 

W kilka dni po śmierci hrabiego Gutierrez Vertti - reporter meksykańskiego tygodnika "Sucesos" - spotyka się w lesie na terytorium Meksyku z człowiekiem, który jest kimś w hierarchii FAR. Gutierrez przeprowadza z nim wywiad:

 

"Gutierrez: Dlaczego FAR zdecydowało porwać ambasadora Niemiec, a nie innego dyplomatę?

 

Zapytany: Były dwa powody takiego wyboru - pierwszy, sprzyjający moment polityczny, drugi - nienawiść, jaką budzi poparcie Niemiec Zachodnich dla gwatemalskiej dyktatury wojskowej. Poparcie to ma swoją długą tradycję. Po zakończeniu drugiej wojny światowej tysiące niemieckich faszystów ukryło się w krajach Ameryki Łacińskiej. Jedna z tych grup przybyła do Gwatemali. Byli to funkcjonariusze Gestapo. Po interwencji dokonanej przez Castillo Armasa przy zbrojnej pomocy Stanów Zjednoczonych, zbiry z Gestapo poszli na służbę Castilio Armasa. Stali się instruktorami naszej tajnej policji, którą wyszkolili tak doskonale, że należy dziś do najlepszych w Ameryce Łacińskiej i stanowi świetne narzędzie CIA. Rząd boński opiekował się zawsze i opiekuje się nadal kamarylą pułkowników i oligarchią obszarniczą, które rządzą w naszym kraju.

 

Sprzyjającym momentem politycznym była wizyta Willy Brandta u Nixona. Kiedy porywano ambasadora NRF, oczekiwano, że Nixon będzie interweniować i zmusi reżym gwatemalski do przyjęcia warunków FAR. Wystarczyło, żeby Nixon kiwnął palcem.

 

Gutierrez: Chcesz powiedzieć, że Nixon jest winny śmierci Karla von Spreti?

 

Zapytany: Nie powiedziałem tego w ten sposób. Jest jednak pewne, że jeśli nie Nixon osobiście, to ludzie z jego otoczenia są winni tej śmierci. Mam na myśli szefów CIA. CIA rządzi Gwatemalą niepodzielnie, a wielu czołowych polityków naszego kraju, poczynając od nowego prezydenta, pułkownika Arana, jest jej funkcjonariuszami. CIA była zazdrosna o wpływy w Gwatemali i chciała mieć wszystko w swoim ręku.

 

Gutierrez: Dlaczego FAR zlikwidowało Karla von Spreti, kiedy w innych wypadkach nie zabijano porwanych?

 

Zapytany: Jest to dłuższa historia. W każdym razie chcę powiedzieć, że wykonanie wyroku na Karlu von Spreti nastąpiło w wyniku prowokacji rządu Mendeza Montenegro, czy ściślej - Arana Osorio i CIA. Kiedy nuncjusz papieski Monsenor Girolamo Prigione rozpoczął negocjacje z FAR, policja zamordowała w więzieniu dwóch spośród 22 ludzi, jakich żądało FAR w zamian za zwolnienie hrabiego. Jeden z nich nazywał się Lemus Giron. Jednocześnie zamordowano w więzieniu dwóch innych ludzi, którzy nie należeli do FAR, ale byli jej sympatykami. Ich nazwiska: Espiridion Ramirez i Jaime Estrada.

 

Gutierrez: Chcesz powiedzieć, że w odwet za te prowokacja FAR wykonało wyrok na Karlu von Spretim?

 

Zapytany: Główna przyczyna jest inna. Była nią akcja CIA i policji politycznej. Założono nasłuch na wszystkie telefony. W ciągu kilku sekund policja mogła znaleźć się w miejscu, z którego łącznik FAR telefonowałby do nuncjusza. CIA chciała schwytać łącznika, żeby odkryć miejsce, w którym znajdował się von Spreti. Gdyby do tego doszło, między partyzantami i policją wywiązałaby się strzelanina na śmierć i życie, w której von Spreti i tak by zginął. Von Spreti został zastrzelony, ponieważ FAR nie miało innego wyjścia.

 

Gutierrez: Co CIA chciała osiągnąć?

 

Zapytany: Chciała osiągnąć wiele rzeczy. Chciała doprowadzić do zniesienia azylu politycznego. Chciała skompromitować ruch rewolucyjny w Ameryce Łacińskiej. Chciała wykorzystać śmierć hrabiego, aby pod pretekstem ochrony dyplomatów doprowadzić do stworzenia międzyamerykańskiej policji politycznej, o której władcy USA marżą od dawna".

 

21.

 

W sobotę od rana stolica Gwatemali była pełna patroli policji i wojska. Cały aparat represji - 30 tysięcy ludzi - został puszczony w ruch. Patrole rewidowały każdy samochód i - ulica po ulicy - każdy dom. Wokół miejsca, w którym Karl von Spreti i grupa partyzantów czekali piąty dzień na odpowiedź Waszyngtonu i Bonn, Mendeza Montenegro, ambasady USA i Arana Osorio, zaciskał się krąg żołnierzy i policjantów.

 

Monsenor Girolamo Prigione błąkał się po korytarzach Sztabu Generalnego szukając cenzora, który musiał zatwierdzić tekst apelu nuncjusza o jeszcze jeden dzień łaski.

 

"Miałem wrażenie - powiedział potem - że rząd chciał zamknąć wszystkie drzwi". Brama ambasady USA była zamknięta, pilnowało jej kilku wartowników. Na ekranach telewizorów modelka wchodziła pod prysznic, aby pokazać, jak wspaniale pieni się mydło Universal. Piana spłynęła i na ekranach ukazała się zmęczona twarz nuncjusza, który odczytał zatwierdzony tekst apelu o jeszcze jeden dzień łaski. Charge d`affaires Gerhard Mikesch pisał do Bonn optymistyczną depeszę, ponieważ wierzył w demokrację amerykańską i w siłę litery prawa. Na ulicach wyły syreny wozów policyjnych. Zatrzymani stali pod murami z rękoma do góry.

 

Szczekały psy, tu i tam słychać było strzelaninę. Ale to jeszcze nie był ten strzał.

 

22.

 

W niedzielę, o 2.15 po południu, w gabinecie nuncjusza zadzwonił telefon. Nuncjusz usłyszał: "Mamy tylko piętnaście minut czasu..." i głos zamilkł.

 

W cztery godziny później, o 6.15, w remizie straży pożarnej zadzwonił telefon. Dyżurny strażak podniósł słuchawkę. Nieznany głos podał mu miejsce, w którym znajdują się zwłoki Karla von Spreti.

 

23.

 

Hrabia leżał w opuszczonej lepiance na siedemnastym kilometrze drogi ze stolicy Gwatemali do miasteczka San Pedro Ayampuc.

 

Zginął od jednego strzału w głowę.

 

W ręku trzymał okulary, które musiał zdjąć na chwilę przed śmiercią, nie wiadomo dlaczego.

 

 

.....................................................................................................................................

Ryszard Kapuściński

"Dlaczego zginął Karl von Spreti"

Zmieniony ( Wtorek, 19 Styczeń 2010 18:57 )
 
" Moim zdaniem nie ma obecnie w społeczeństwie życia publicznego, gdyż zakłada ono istnienie świadomych jednostek dysponujących umiejętnością krytycznego myślenia, będących w stanie poddawać rządzących krytycznej ocenie, sprawować nad nimi kontrolę i prowadzić prawdziwą debatę publiczną. Jeżeli istnieje jakiekolwiek życie publiczne, to nosi ono znamiona przywileju, natomiast życie publiczne kształtowane w mediach, ośrodkach manipulacji, organach codziennej produkcji i reprodukcji, de facto je likwiduje. Co do nas, to musimy za każdym razem na nowo powoływać je do życia poprzez dyskusje i działania, po to by przeniknęło do całego społeczeństwa, do obszarów, na których nie istnieje."

Rudi Dutschke

bottom