Linki

 

An-arche.pl

MA

 



Sabra i Szatila PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
Piątek, 27 Luty 2009 13:52

 

(Solidarność z palestyńską walką była jednym z ważnych elementów w strategii RAF. To Palestyńczycy przeszkolili niemieckich partyzantów miejskich w obozach szkoleniowych Fatahu w Jordanii.To m.in. palestyński dramat - zaraz obok ludobójstwa w Wietnamie - był jednym z bodźców,pobudzających zachodnią radykalną lewicę i studentów do aktywności oraz zaangażowania. Dlatego publikujemy opis jednego z ważniejszych wydarzeń w historii palestyńskiej martyrologii - tekst brytyjskiego dziennikarza Davida Yallopa na temat masakry w Sabrze i Szatili pochodzący z książki "W pogoni za Szakalem")

 

 David Yallop

 

SABRA i SZATILA

 

Jutro czekało mnie spotkanie z Hubajką, a potem Sabra i Szatila. Z Hubajką musiałem porozmawiać koniecznie przed odwiedzeniem tych obozów ze względu na trwały i nierozerwalny związek jego nazwiska z wypadkami, które miały tam miejsce we wrześniu 1982 roku.
O tej krwawej, bezwzględnej rzezi napisano już miliony słów. Postawiono niezliczone oskarżenia. Libańska komisja dochodzeniowa orzekła „prawną odpowiedzialność Izraelczyków”. Natomiast dochodzenie z ramienia izraelskiego rządu obwiniło o rzeź „libańskich sojuszników, falangistowską milicję”, niemniej pewną odpowiedzialnością obciążyło w rozmaitym stopniu wielu Izraelczyków, od premiera Begina w dół. Niektórym zniszczyło to kariery i powstrzymało na jakiś czas ambicje innych. Ale zamordowanym nie robiło to żadnej różnicy. Urzędnicy nie mogli się zgodzić nawet co do liczby ofiar wyrżniętych w tych obozach od środy 15 do soboty 18 września. Po nikczemnych morderstwach nastąpiły nikczemne postępki, w tym zabawa liczbami. Do Sabry i Szatili otoczonych szczelnym kordonem, złożonym z izraelskiego wojska i jego falangistowskich sprzymierzeńców, weszli - wszystko jedno, izraelscy czy libańscy - oprawcy i zaczęli torturować, gwałcić i mordować. Weszli, gdyż wedle słów Ariela Szarona, w obozach tych ukrywało się „dwa tysiące terrorystów”.
 
Jeśli tak, to zdumiewa fakt, że według oficjalnych danych ogłoszonych przez Izrael, myśliwych polujących na tych terrorystów było bardzo mało, bo zaledwie stu pięćdziesięciu. Ilu zabili? Izraelczycy podali, że od 700 do 800. Palestyński Czerwony Półksiężyc wymienił liczbę „ponad 2000”. Natomiast Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystawił ponad 1200 świadectw zgonów, ale w wielu przypadkach nie miał kto ich odebrać. Wymordowano całe rodziny, które zepchnięto potem buldożerami do masowych grobów. Basam Abu Szarif, opierając swoje dane na dokumentach dotyczących gotówki i żywności wydanej przez OWP przed i po masakrze, ocenił liczbę zabitych na „ponad 7000”. Wszystkie rachunki powinny uwzględniać ciężarówki z żywymi, których wywieziono z obozów w nieznanym kierunku i którzy nigdy nie powrócili. W przeddzień masakry w obu obozach mieszkało co najmniej 20000 ludzi. W ciągu dwóch dni, uwzględniając wszystkie szacunki, ich liczba zmniejszyła się co najmniej o 3000, a przecież martwych nie obchodzi, ilu ludzi zginęło ani kto ich właściwie zamordował.
Szaron słusznie powiedział o „terrorystach z Sabry i Szatili”, ale błędnie nazwał ich Palestyńczykami. Ponieważ to on sam wpuścił do tych obozów terrorystów, podczas gdy jego żołnierze stali, przyglądali się i słuchali, twierdząc potem, że nie zrobili nic, bo niczego nie widzieli i nie słyszeli.


W listopadzie 1984 roku, kiedy moje polowanie na Carlosa było jeszcze w powijakach, w paryskiej restauracji wspomniałem o Sabrze i Szatili osobom, do których zwróciłem się o pomoc w poszukiwaniach. Nie kryłem przed nimi, iż ta rzeź we wrześniu 1982 roku odmieniła moją postawę wobec Izraela. Beztroskie, niefrasobliwe wakacje z Anną w Moszaw na Synaju w roku 1978 miałem już dawno za sobą. Gdy w roku 1989 znalazłem się w Bejrucie, moje poglądy zmieniły się jeszcze bardziej. Poza tym, że poznałem rzeczywistość konfliktu palestyńsko-izraelskiego, to pewne zdanie, usłyszane przypadkiem w paryskiej restauracji, stało się kluczem do moich późniejszych przeżyć. Kluczem do tajemnicy, kto stworzył Carlosa II i dlaczego zadał sobie tyle trudu, by przekonać mnie, że mam do czynienia z prawdziwym Iljiczem Ramirezem Sanchezem.
Moment owego przełomu w Paryżu był również kluczem do zagadki, dlaczego wybrano do tego właśnie mnie. Poszukiwałem Carlosa od jesieni 1983 roku. Mimo naciśnięcia wszelkich dostępnych guzików i skontaktowania się z wszelkimi możliwymi informatorami aż do listopada 1984 roku nic miałem szczęścia. W czerwcu 1984 roku wyszła moja najnowsza książka W imieniu Boga, a do listopada zdążono ją przełożyć i wydać w blisko czterdziestu krajach świata. Wszędzie trafiła na listy bestsellerów. Do dziś sprzedano 6 milionów jej egzemplarzy.
Jestem pewien, że to właśnie jej sukces był kluczem do tajemnicy, dlaczego stworzono tę dziwną mistyfikację. Jej twórcom wydałem się z pewnością idealnym celem. Gdybym na podstawie podsuniętych mi przez nich dowodów przyjął ich punkt widzenia, mieliby doskonałą szansę przekonać do niego także moich ewentualnych czytelników. Działała tu reguła Hitlera: „Jeśli długo i głośno powtarzasz jakieś kłamstwo, to staje się ono prawdą”.
Historia opowiedziana mi przez Carlosa II o Sabrze i Szatili była bardzo sugestywna i niemal mnie przekonała. Ale siedząc w bejruckim hotelu nie miałem już wątpliwości, że plan, by posłużyć się mną do skompromitowania przywództwa palestyńskiego, jest dziełem Syryjczyków. Asad i jego otoczenie za wszelką cenę chcieli zniszczyć wyjątkowy wpływ Arafata na swój naród. Kiedy po dwóch spotkaniach w Północnym Libanie nie opublikowałem uzyskanych rewelacji, komórka syryjskiego wywiadu, która zorganizowała mistyfikację, doszła do wniosku, że z jakiegoś powodu przegrała grę. Moje pojawienie się w Damaszku spowodowało jej wznowienie. Jeśli nawet nie byli gotowi podstawić mi znów Carlosa II (zażądałem przecież dowodu w postaci odcisków palców), to mogli podsunąć mi innych i w dokładnie tym samym celu, pod całkowitą syryjską kontrolą, graliby ,na tę samą nutę. A celem tym, nie miałem najmniejszych złudzeń, było zniszczenie Arafata. Syryjczycy pozwalali mi rozmawiać jedynie z wybranymi przez siebie ludźmi. Weźmy choćby te małe gierki w związku z moimi prośbami o rozmowy z Abu Musa, Ahmedem Dżibrilem i Eliem Hubajką. Teoretycznie udało mi się ominąć ich odmowę, ale żaden z moich rozmówców nie udzieliłby mi wywiadu bez zgody syryjskich tajnych służb. Rozmawiałem z tymi trzema o wielu sprawach, ale we wszystkich rozmowach przewijał się zwłaszcza jeden temat - Jasir Arafat. Wypowiedzi wszystkich trzech cechowała nadzwyczajna symetria poglądów. Abu Musa:
- Nie mam żadnego konkretnego dowodu na istnienie zmowy pomiędzy Arafatem a tymi, którzy dokonali masakry w Sabrze i Szatili, członkami Falangi, ale jego ta masakra ucieszyła. On uważa, że takie wypadki wywołują sympatię i zrozumienie świata dla sprawy palestyńskiej. Przecież cały świat sympatyzował z Żydami dlatego, że wymordowali ich hitlerowcy. W rozumieniu Arafata masakry Palestyńczyków są korzystne. Sabra i Szatila nie są tu wyjątkiem. Na przykład w roku 1976 wojska libańskie przez kilka miesięcy oblegały palestyński obóz Tel al-Za’atar w Bejrucie. Stacjonowałem wtedy ze swoimi oddziałami w Południowym Libanie. Miałem pod komendą duże siły. Nie walczyliśmy tam z wrogiem. Zaproponowałem więc Arafatowi, że przełamię oblężenie i albo ewakuujemy obóz, albo pozostaniemy w nim i będziemy go bronić. Arafat odrzucił tę propozycję, pomimo że wszyscy zgadzali się, że bez naszego kontrataku obóz padnie.
- Ilu Palestyńczyków zginęło w Tel al Za’atar?
- Co najmniej dwa i pół tysiąca.
- A jak Arafat argumentował odmowę przyjścia z odsieczą oblężonym?
- Żeby to zrobić, moje wojska musiałyby przejść koło Baabda (siedziba rządu libańskiego z pałacem prezydenckim). Dla Arafata było to nie do przyjęcia, gdyż uważał, że może tym urazić Libańczyków. Ale i tak pomimo jego odmowy podjąłem taką próbę. Wyruszyłem z wojskiem nocą, dotarłem aż do Alej i tam zatrzymałem żołnierzy. Kiedy Arafat się o tym dowiedział, przysłał do mnie z pisemnym rozkazem majora Abu Szarara. Zagroził, że jeżeli nie wrócę ze swoimi oddziałami na południe, to mnie odwoła i postawi przed sądem.
- Czy mógłbym dostać kopię tego rozkazu?
- Oczywiście.
Musa dał mi go potem. Rozkaz brzmiał:

 

Palestyński Ruch Wyzwolenia Narodowego „Al-Fatah”
Do rąk własnych. Ściśle tajne. 1.4.76, godz. 11.30
Od: Naczelnego Dowódcy (Jasir Arafat)
Do: Dowódcy zgrupowania „Zamek” (Abu Musa)

Dowiedziałem się, że przerzucił pan część swoich sił do Al-Dżabal (górski rejon Libanu) bez powiadomienia mnie. Jaki jest cel tego posunięcia? Nie tylko, że narusza to nasze bezpieczeństwo, ale i wojskowe plany, które uzgodniliśmy z majorem Butarim na południu. Jak mogło dojść do tego przemieszczenia sił bez poinformowania i zgody Naczelnego Dowódcy?
Żądam wycofania tych oddziałów na ustaloną pozycję, zgodnie z przyjętym wojskowym planem.
Przykro mi, że nie zawiadomił pan o tym posunięciu naczelnego dowódcy. Za ten poważny precedens w działaniach naszych rewolucyjnych sił wojskowych poniesie pan konsekwencje.
Abu Amar (Jasir Arafat)
Dowódca Naczelny
1.4.76.

 

Co prawda Abu Musa nie był w stanie dostarczyć żadnego konkretnego dowodu na to, że współczucie świata w następstwie masakr Palestyńczyków zajmuje poczesne miejsce w filozofii Arafata - „On się z tym nie zdradzi. Nie jest taki głupi” - to stanowczo oświadczył, że bliskie wieloletnie związki z przywódcą OWP przekonały go, iż Arafat wyznaje pogląd, że dla utworzenia państwa palestyńskiego trzeba poświęcić Palestyńczyków.
Ahmed Dżibril zaś powiedział:
- Od 1965 roku byłem zdania, że Arafat nie mówi serio głosząc chęć walki z Izraelem. On chciał być gwiazdą filmową (...) Bitwę w Karamie wygraliśmy tylko dlatego, że Jordańczycy odmówili posłuszeństwa swojemu królowi. Husajn ustalił z Izraelem, że jego oddziały nie zaatakują Żydów, jeśli ci przekroczą granicę jordańską, żeby zabijać Palestyńczyków. Libańczycy nie posłuchali tych rozkazów i otworzyli ogień do oddziałów izraelskich. Zemścili się w ten sposób na królu za to, że wycofał swoje wojska z Zachodniego Brzegu, kiedy poniosły ciężkie straty (...) Przed tą bitwą Arafat i Abu Ijad chcieli wycofać się z walki z pomocą Irakijczyków. Ja odmówiłem. Oświadczyłem, że powinniśmy zostać i walczyć (...) Jeśli chce pan znać prawdę, to w obozie Al-Karama nie zniszczono żadnego izraelskiego pojazdu pancernego ani czołgu. Żydzi wdarli się do obozu i zmusili Arafata i Abu Ijada do ucieczki, a oni jako pierwsi uciekli w góry, gdzie miałem rozmieszczonych swoich ludzi. Arafat uciekł, ale kazał podwładnym pozostać w obozie. Izraelczykom poddało się tam siedemdziesięciu młodych ludzi, bez broni. Wyszli do nich. I wtedy Izraelczycy ustawili ich pod ścianą szkoły i wszystkich zabili.
Dla Ahmeda Dżibrila wydarzenia w Karamie były „albo całkowitą wojskową głupotą, albo zmową w celu zyskania współczucia Zachodu”. Wtedy jednak nie miał jeszcze wyrobionego
zdania.
- Teraz jednak, co widać po masakrach w Tel al-Za’atar, Sabrze i Szatili i innych miejscach, mogę stwierdzić, że nie była to wojskowa głupota.
Dla Dżibrila zmowa ta miała subtelniejszy charakter niż narady i uzgodnienia. Jego zdaniem Izraelczycy doskonale rozumieli pogląd Arafata na potrzebę masakr, potrzebę ofiar na masową skalę i z wielką chęcią podejmowali się spełnienia takich przysług.
- Wiele się nauczyli z masakry w Deir Jassin, dlatego chcieli urządzić taką samą w Sabrze i Szatili. Byli pewni, że zastraszą ocalonych i zmuszą ich do wyjazdu, do ucieczki z libańskich ziem. Specjalna komisja ustaliła, że w tej masakrze uczestniczyli Żydzi i libański Front, ale nie wykluczam udziału w niej CIA.

Twierdzenie, że masakr tych dokonano w odwecie za zabójstwo Baszira Dżemajela, nie znajduje podstaw. To bezsensowny pretekst. Mamy informacje, że Szaron i Rafael Ejtan rozmawiali o tej rzezi z Baszirem Dżemajelem, a Dżemajel powiedział, że zmieni Sabrę i Szatilę w zoo.


Do kompletu brakowało mi więc jeszcze człowieka, uważanego przez piszących o masakrze za dozorcę wspomnianego zoo - Eliego Hubajki.
Kiedy rozmawiałem z nim o oblężeniu i rzezi w Tel al-Za’atar, w której odegrał czynną rolę, wspomniałem mu o oskarżeniach Abu Musy wobec Arafata, iż chciał on, aby oblężenie to skończyło się masakrą. Hubajkę bardzo to zainteresowało i odparł, że po raz pierwszy słyszy o konflikcie Musy z Arafatem w sprawie oblężenia Tel al-Za’atar.
- W Tel al-Za’atar naszym przeciwnikiem nie było al-Fatah, tylko Ludowy Front, to z nimi mieliśmy walczyć i wątpię, czy gdyby zdrada nie wyszła od wewnątrz, dalibyśmy radę przełamać ich linie obronne. Było nas znacznie mniej, około stu pięćdziesięciu, i w przeciwieństwie do nich nie mieliśmy artylerii. Nie mieliśmy też wspólnej strategii walki, tylko małe grupy kierujące się własną taktyką. Nie wiem, jak udało się nam wedrzeć do obozu. Sami z siebie tego nie dokonaliśmy, bo przeciwko nam było trzy, cztery tysiące walczących. Wiem, że Baszir Dżemajel, który nami dowodził, prowadził rozmowy, negocjacje z przywódcami palestyńskimi w tym obozie. Obóz ten był ostoją Ludowego Frontu. Może Arafat chciał się ich pozbyć.
Z innych moich badań wynika, że naczelne dowództwo OWP niemal na pewno nakazało schwytanym w pułapkę w obozie Tel al-Za’atar, żeby się nie poddawali. Zrobiło to ze świadomością, że wielu skazuje na śmierć. Niektórzy oskarżają je nawet o to, że w ostatniej fazie oblężenia nakazało jednostkom artylerii wokół obozu skierować lufy na ocalałych z pogromu. Nie znalazłem jednak żadnego dowodu wspierającego oskarżenia Carlosa II, że Arafat celowo dążył do masakry swych rodaków w obozach Sabra i Szatila. Mocodawcy Carlosa II najwyraźniej doszli do wniosku, że z ogromnej chęci opublikowania książki opartej na rozmowach z Carlosem zaniecham poszukiwania takiego dowodu. Przeliczyli się. Szukałem bowiem i znalazłem dowód na to, że Syryjczycy nie postawili wszystkiego na jednego konia, a mistyfikacja z Carlosem była tylko częścią ich strategii. Reżym syryjski na różne sposoby próbował od wielu lat pozbawić Arafata przywództwa, który od 1983 roku stał się w Syrii persona non grata. Fakt, że przywódca OWP nie pozwolił Asadowi zdominować polityki palestyńskiej i na kilka tygodni przed rzezią w Sabrze i Szatili, zmuszony do opuszczenia Bejrutu, wybrał na swoją kwaterę Tunezję, a nie Syrię, wraz z innymi wypadkami sprowokował syryjskie władze do bezpośredniej akcji. Odciągnęli frakcje Abu Musy i Dżibrila od pozostałych, podjudzając je do buntu. W 1985 roku, kiedy frakcja Arafata znów zaczęła się liczyć w Libanie, doszło do otwartego konfliktu pomiędzy palestyńskimi odłamami. Właśnie w tym samym czasie w paryskiej kawiarni dokonałem pierwszego dużego przełomu w moich poszukiwaniach Carlosa, dowiadując się, że syryjskie władze bardzo wysoko na liście swych priorytetów stawiają zniszczenie Arafata. Nie udało im się zlikwidować go fizycznie, dlatego z moją pomocą, w co mocno wierzę, pragnęli zniszczyć go moralnie w oczach własnego narodu. W tak zwanej „wojnie obozów”, która wybuchła w roku 1985, zwolennicy i fedaini Arafata w Bejrucie natrafili na najzacieklejszych przeciwników w postaci popieranej przez Syrię milicji Amal. Walka była mordercza. Wpompowując fundusze OWP do Bejrutu Arafat w dosłownym sensie kupował sobie lojalność palestyńskich frakcji prosyryjskich. Obnażone przeze mnie, kosztujące wiele pieniędzy, zabiegów i czasu starania Syryjczyków były tylko fragmentem ich wysiłków, żeby zniszczyć całe przywództwo OWP.
O tym, że mocodawcami Carlosa II byli Syryjczycy, najbardziej przekonała mnie jedna drobna rzecz. Raz po raz zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, że w roku 1985 aż trzykrotnie wjeżdżałem i wyjeżdżałem z Bejrutu nie niepokojony na lotnisku przez kontrolę paszportową. To samo zdarzyło mi się już wcześniej w Algierii. najwyraźniej dzięki komuś, kto należał do algierskich służb bezpieczeństwa lub miał w tym kraju świetne układy. Ale jak mogło się to wydarzyć trzy razy w Bejrucie? Zadałem to pytanie Wadiemu Haddadowi, ale nie szefowi Carlosa, tylko innemu Libańczykowi o tym imieniu i nazwisku, który był doradcą Amina Dżemajela do spraw ochrony w latach 1982-1984.
- W tamtym czasie, gdy pan tu przyjeżdżał, przez cały 1985 rok, lotnisko i otaczający je teren kontrolowała w całości milicja Amal. Wjechać i wyjechać z Bejrutu mógł pan tylko za ich zgodą. Oczywiście z pewnością pan wie, że Amal kontrolują Syryjczycy.
Wyjaśniało to nie tylko, dlaczego Samir mógł mnie wwozić i wywozić z miasta, ale także to, że nie robiono nam żadnych trudności na licznych punktach kontrolnych. Utrzymujące się bliskie powiązania Amalu z syryjskim reżymem potwierdziło śniadanie, jakie zjadłem w hotelu w Damaszku z przywódcą tej organizacji, Nabim Berrim. Gdyby w Bejrucie dopisało mi szczęście, to czekał mnie powrót do miasta, w którym powstał plan zdezinformowania mnie. Sytuacja była ciekawa. Przedtem jednak musiałem dokończyć wywiad z Hubajką i odwiedzić obozy Sabra i Szatila.

 

Elie Hubajką miał podówczas 33 lata. Był bardzo inteligentny i w świetnej formie fizycznej. Urodzony w środowisku chrześcijańskich maronitów, otrzymał, podobnie jak ja, katolickie wykształcenie.
- W 1974 roku, kiedy szło mi z siedemnastego na osiemnasty, dostałem od partii falangistowekiej mój pierwszy karabin - powiedział mi. - Falangiści dostali broń od prezydenta Frandżiego.
Wtrąciłem, że w czasie, kiedy złapał za broń, wielu uważało Liban, a zwłaszcza Bejrut, za stolicę rozrywki Bliskiego Wschodu.
- To był dom publiczny Bliskiego Wschodu. Na przykład Arabowie, Saudyjczycy, którzy doszli do wielkich bogactw, ale brakło im wykształcenia i ogłady, żeby jechać do Francji albo Stanów, traktowali Liban tak, jak Amerykanie Kubę przed nastaniem Castra.
Hubejka zwierzył mi się, że kiedy przyglądał się demonstracji Palestyńczyków maszerującej przez Bejrut, uświadomił sobie, że o wiele za dużo jest w niej czternastolatków.
- Wybijali okna, drzwi, tłukli libańskich policjantów. Dostrzegłem w tym rosnące zagrożenie dla libańskiego państwa i naszego bytu. Tego dnia postanowiłem wstąpić do partii falangistowskiej. Musiałem czekać trzy lata, aż wreszcie osiągnąłem właściwy wiek. W roku 1973, kiedy mnie przyjęli, w Libanie mieszkało około ośmiuset tysięcy Palestyńczyków, wielu z nich chodziło w mundurach, wielu z bronią. Aż do 1982 roku ich liczba rosła. Potem zaś bardzo się zmniejszyła.
Rzeczywiście tak było. Chciałem dowiedzieć się, w jaki sposób Hubajka dopomagał w zmniejszeniu tej liczby, a także, jak szkolono go do zadań wywiadowczych i wojskowych. Pierwsze komandoskie przeszkolenie odbył w libańskiej jednostce w okolicach Mettan niedaleko Bikfarii. Jego nielegalne falangistowskie ugrupowanie cieszyło się nie tylko wielkim poparciem libańskiej armii, ale także społeczności chrześcijańskiej, zwłaszcza zaś kościołów i klasztorów.
- Duchowieństwo okazało nam wielką pomoc. Całkowite poparcie. W kościołach i klasztorach przechowywaliśmy broń. W klasztorach mieliśmy wiele swoich baz szkoleniowych. Widzieliśmy w tym kontynuację wypraw krzyżowych.
- Czy Kościół tak właśnie postrzegał waszą działalność?
- Oczywiście. Kiedy przychodziliśmy po rozgrzeszenie, po spowiedzi księża dawali nam nową broń i amunicję. Bez przerwy powtarzali nam: „To jest święta wojna, zabijanie nie jest zbrodnią, to samoobrona”. Naszą główną ostoją byli mnisi. Ich przełożeni byli większymi ekstremistami od samego Baszira (Dżemajela). W Libanie przechodziliśmy szkolenie podstawowe: jak strzelać, jak się maskować, a w Izraelu specjalistyczne: jak prowadzić walki w mieście, posługiwać się skomplikowanym nowoczesnym sprzętem. Tak było począwszy od roku 1976. Baszir wynegocjował to z Izraelem. Izraelczycy szkolili nas w rejonie Galilei. Negocjacje prowadzono z różnymi ludźmi: z Perezem, Beginem, Rabinem, Szaronem, Ejtanem. Izraelczycy chcieli utworzyć w Libanie chrześcijańską armię, by przyczyniła się do powstania tam chrześcijańskiego państwa, które miałoby wspólną politykę obronną z Izraelem.
Hubajka szybko się uczył. W 1980 roku Baszir Dżemajel mianował go szefem wywiadu, zaczął więc budować własną organizacje. Zupełnie zielony w tym fachu, zaczął współpracować z wysoko wykwalifikowanymi specjalistami w tej branży. Już wcześniej wszedł w kontakt z Mossadem i Szin Betem, ale wystrzegał się głębszych z nimi więzi.
- Traktowali nas jak swoich agentów. Chcieli znać nazwiska moich różnych ludzi, chcąc prowadzić ich tak, jakby byli na ich liście płac. Chcieli ich instruować i przydzielać zadania wywiadowcze w sprawach ważnych dla Izraela, w rodzaju zbierania informacji o armii syryjskiej, danych technicznych syryjskich migów. Dla nas ważne było co innego - infiltracja palestyńskich grup. Strasznie chcieli też z nami współpracować Amerykanie. Za zgodą Baszira wysłałem naszych ludzi na szkolenie CIA w Waszyngtonie. Moim amerykańskim łącznikiem był Jack Coogan. Gdzieś przeczytałem, że agencja wywiadowcza powinna utrzymywać kontakty z więcej niż jedną dużą organizacją wywiadowczą, skierowaliśmy się więc do Francuzów. Spotkałem się kilka razy z szefem ich wywiadu, admirałem Lacoste’em. Zaczęliśmy się rozwijać. Z każdym nowo nawiązanym kontaktem nasza siła rosła. Dzięki szkoleniu i poznaniu przez moich ludzi rozmaitych technik wywiadowczych staliśmy się bardziej fachowi. Brytyjczycy nie chcieli nawiązać z nami bezpośrednich stosunków, ale ponieważ odpowiadają za wywiad w Omanie, to pojechaliśmy tam i nawiązaliśmy z nimi stosunki za pośrednictwem wywiadu omańskiego.
Hubajka opowiedział mi szczegółowo o korzyściach, jakie jego agencja wywiadowcza czerpała z nawiązania tych kontaktów. Francuzi; Niemcy, Amerykanie i Włosi nie tylko udostępniali jego ludziom swoje urządzenia szkoleniowe, ale przysyłali do Libanu w celach szkoleniowych i łącznikowych swoich specjalistów. Niemcy nauczyli jego ludzi analizy i oceny informacji, Amerykanie i Francuzi wyszkolili ich w zdobywaniu materiałów wywiadowczych. Agentów Hubajki szkolono w siedzibie CIA w Langley, w Paryżu, we Frankfurcie, w Hamburgu. We wrześniu 1982 roku Hubajka wraz z grupą swoich agentów i żołnierzy stał się w oczach świata winnym masakry w obozach Sabra i Szatila. Jeżeli ów osąd był słuszny, to na ławie oskarżonych obok niego i jego podwładnych powinni też zasiąść ci, którzy nauczyli ich nie tylko szpiegowania, ale i zabijania.
Szkolenie i kontakty - i to obustronne - z obcymi agencjami trwały aż do czasu rzezi.
- CIA chciała znać wszystko, co wiedzieliśmy i zdobyliśmy na temat Izraela. Francuzi i Niemcy szukali u nas wszelkich informacji o armeńskiej grupie terrorystycznej ASALA. W obu krajach, szczególnie w Niemczech, mieszkało też wielu Turków. Włosi chcieli informacji na temat .Czerwonych Brygad. A wszyscy jak najwięcej informacji o palestyńskich grupach terrorystycznych. Podobnie Brytyjczycy. Niemcy i Francuzi odwzajemniali się nam i przekazywali swoje informacje. CIA nigdy. Amerykanie szkolili nas i dostarczali sprzęt. Kiedy dowiedzieli się o tym Izraelczycy, wściekli się. Baszir naturalnie nadal utrzymywał bliskie stosunki z Izraelem. Izraelczycy powiedzieli mu: „Posłuchaj, tak dalej być nie może. Czy to, co robią dla was Amerykanie, da się porównać z tym, co robimy dla was my? Posyłamy samoloty, żeby chroniły ciebie i twoich ludzi, dostarczamy wam broń, szkolimy was. Chcemy skoordynowanych działań wywiadowczych, a nie tylko współpracy”. Nie chciałem z nimi współpracować, więc Baszir utworzył drugą organizację wywiadowczą do współpracy z Mossadem, z Eliem Wazinem na czele, o pseudonimie Abas.
Mając tak szerokie kontakty Hubajka mógł doskonale ocenić wartość rywalizujących z nim tajnych służb.
- Amerykanie mają bardzo dobry „wuel”, wywiad elektroniczny, ale gorszy wywiad osobowy. W tym przodują Brytyjczycy. Jeśli chodzi o Liban, to Niemcy i Brytyjczycy są najlepsi. Francuzi? Przypominają libańskie milicje, zwalczają się nawzajem. Wiem, że przed kilkoma laty zginęło w Bejrucie paru ich agentów, o co obwiniali Hezbollah i inne frakcje. A to oni sami walczyli ze sobą i pozabijali się nawzajem. Ale jak dotąd najlepszy jest Mossad. Duża inteligencja, dbałość o bezpieczeństwo, wielka aktywność. Mogą wysłać samoloty, mogą wysłać strzelców wyborowych. Mossad nie tylko zbiera informacje, ale również reaguje na wydarzenia. Najlepszy był w tamtym czasie ich szef Hofi (generał Icchak Hofi). Pozostawał w bardzo dobrych, bliskich stosunkach z Beginem. Hofi, Begin, Szaron, Ejtan tworzyli bardzo silny zespół. Izraelski wywiad wojskowy? To inna sprawa, uważali libańskich chrześcijan za najgorszą grupę Arabów. Właśnie dlatego wywiad w Izraelu podzielił się.
Jeśli to, co powiedział mi Hubajka o wypadkach poprzedzających najazd Izraela na Liban w roku 1982, było prawdą, to umowę w tej sprawie zawarto znacznie wcześniej, nim armia izraelska przckroczyła granicę. Umowę z udziałem wielu stron, w tym przyszłego prezydenta Libanu, Baszira Dżemajela. Po jednej stronie siedział on, wraz z innymi Libańczykami, a po drugiej rząd Izraela.

 

- W 1981 roku Szaron poleciał helikopterem do Dżunije. Zwykle Izraelczycy przypływali okrętami i do spotkań dochodziło na morzu, ale w 1981 roku Mossad znalazł już sobie w Dżunije bezpieczny przyczółek. Byłem na tym spotkaniu. Szamir z miejsca powiedział do Baszira: „Izraelu dyskutujemy nad tym, co zrobić, jeśli Palestyńczycy przeprowadzą atak terrorystyczny. Rozważamy, jak na niego odpowiedzieć. Gdyby na przykład jakaś palestyńska grupa przedostała się do Izraela, weszła do kibucu i zabiła tam dziecko to nie wolno nam ograniczyć środków odwetowych do ataku z powietrza. Chcemy wejść do Libanu i zniszczyć ich obozy. Co wy na to?” Baszir odparł: „Oczywiście. Proszę bardzo”, a po odjezdzie powiedział: „Oni wkroczą na pewno i musimy być przygotowani - do ich wsparcia”. Rozkazał nam wcielić do wojska wszystkich studentów. Przed upływem roku nasza armia liczyła dwanaście tysięcy ludzi i odbywaliśmy raz po raz spotkania ż Izraelczykami. Czasem w Dżunije, czasem w Tel Awiwie. Uczestniczyli w nich między innymi Begin, Szaron, Hofi i Ejtan. Na początku 1982 roku, w czasie jednego z takich spotkań, Szaron powiedział: „Co do tego terrorystycznego scenariusza. Jeżeli to się stanie, wejdziemy na czterdzieści kilometrów w głąb Libanu i „zniszczymy wszystkie palestyńskie obozy na tym terenie”. Na to odparł mu Baszir: „To pomoże wam, nam nie. Żeby nam pomóc, będziecie musieli tam pozostać co najmniej pół roku. Jeżeli tego nie zrobicie, to kiedy się wycofacie, nie damy rady Syryjczykom”. „Dobrze, to żaden problem - rzekł na to Szaron. - Wiemy, w co wystrzelimy pierwszą salwę, ale nie wiemy, czym to się skończy. Na Synaj weszliśmy na jeden miesiąc, a siedzimy już tam jedenaście lat. Pół roku w Bejrucie to dla Izraela drobiazg. Ale zaczniemy od tych pierwszych czterdziestu kilometrów. To będzie pierwszy etap”. Podczas tego spotkania Izraelczycy zażądali od Baszira wszelkich dostępnych dokumentów, które pomogą im w inwazji. Chcieli poznać plany sieci elektrycznej, telefonicznej, komunikacyjnej, całą infrastrukturę libańskich władz. Baszir przekazał im tony dokumentów, map, rysunków technicznych, dane dotyczące wszelkich możliwych instytucji w Libanie. Jestem pewien, że do tej pory Izraelczycy wiedzą dokładnie, co się dzieje w tym kraju, aż do najdrobniejszych szczegółów w najmniejszych instytucjach. A wszystko dzięki materiałom, które udostępnił im wtedy Baszir Dżemajel.
Hubajka powiedział mi, że o planach inwazji cały czas infor­mowany był rząd Reagana. Co do zamachu, który dał izraelskiej armii pretekst do przekroczenia granicy, czyli próby zamordowania ambasadora Argowa w Londynie przez grupę Abu Nidala, szef wywiadu Dżemajela, pozostający w bliskich kontaktach z agencjami wywiadowczymi wielu krajów, był przekonany, iż wie, kto się kryje za zamachem na Argowa.
- Mossad. Wie pan, kiedy Izraelczycy coś robią, to niczego nie pozostawiają przypadkowi. Wyliczają wszystko bardzo dokładnie. Jeżeli ich ambasador został zaatakowany akurat wtedy, to znaczy, że oni sami wybrali ten moment. Ponieważ ten sam moment wybrali do najazdu na Liban. Potrzebowali dwóch miesięcy, czerwca i lipca, bo właśnie w tych dwu miesiącach mogli przerzucić wojsko, ciężką artylerię, całe zaplecze armii. Później natrafiliby na liczne problemy. W dolinie Bekaa po spadnięciu deszczów bardzo ciężko jest poruszać się czołgom. W tamtym czasie tak lało, że czołgi mogłyby ugrzęznąć w błocie. A prze­szkadzały nie tylko deszcze. Przy ciągłym zachmurzeniu piechota nie dostałaby wsparcia z powietrza. Noktowizory pozwalają na bombardowanie z dużej wysokości, ale do wsparcia piechoty z powietrza potrzebna jest dobra widoczność. Mossad bardzo mocno zinfiltrował i nadal infiltruje grupę Abu Nidala. Mani na to potwierdzenie ze źródeł wywiadowczych. Z Europy, z południa Libanu, od naszych własnych informatorów. Wielu członków grupy Nidala regularnie bywa w Izraelu na odprawach. Nawet jeśli przyjmie się najskromniejszy udział Mossadu w tym zamachu, to Izraelczycy z pewnością znali jego datę, czas i miejsce. Z łatwością mogli mu więc „zapobiec.
3 czerwca 1982 roku izraelski minister spraw zagranicznych Icchak Szamir wezwał do „realizacji” umowy z Camp David, czyli likwidacji OWP. W kilka godzin potem w Londynie postrzelono ambasadora Argowa, a następnego dnia Izrael najechał Liban, bombardując południową część kraju i Zachodni Bejrut. Wszystkie plany Izraela, potajemne narady Baszira Dżemajela z przywódcami izraelskimi w sprawie inwazji, odkładanej co najmniej pięciokrotnie w oczekiwaniu na „atak terrorystyczny”, który usprawie­dliwi ją w oczach amerykańskich sprzymierzeńców, wreszcie wyda­ły owoce.
Elie Hubajka powiedział:
- Kiedy Izraelczycy wkroczyli na czterdzieści kilometrów w głąb Libanu, Szaron przyleciał do Bejrutu i spytał Baszira: „Co dalej?” „Musicie dojść do Damuru”, odparł Baszir. „Spróbuję - przyrzekł Szaron. - Ale tam stoją Syryjczycy, których trzeba wymanewrować. Zobaczymy, co da się zrobić”. Po dojściu wojsk Szamira do Damuru generał znów przyjechał do Baszira. „Dotarliś­my do Damuru, ale jeżeli mamy wejść dalej, musicie doprowadzić do rozróby w Bejrucie. Zaangażować się w tę wojnę, zająć Zachodni Bejrut.” „Nie mogę - odpowiedział Baszir. - Nie jesteśmy na to dostatecznie silni, musicie podejść bliżej. Zajmijcie Hades.” Izraelczycy doszli więc do Hadesu, a Baszir przyciągnął Szamira bliżej Bejrutu. „Musicie połączyć się z naszymi oddziałami w Kfarszimie. Bez tego nie zdziałamy nic”, powiedział mu. Więc się połączyli, a potem Szaron wkroczył do Wschodniego Bejrutu i do Baad. Baszir rozkazał paru swoim oddziałom zaatakować Szkolę Techniczną w Hadesie, która była w rękach szyitów i Amalu. Dwa plutony Libańczyków starły się z dwudziestoma ludźmi z Amalu, ale była to mała utarczka. Baszir oświadczył jednak Szaronowi: „Zapłaciłem swoją cenę. Szaron i inni 1zraelczycy wściekli się. „Nic bądź śmieszny - powiedzieli mu - Nie przesadzaj!” Nadal oczekiwali bowiem od niego „rozróby”, najazdu na Zachodni Bejrut i zniszczenia obozów palestyńskich. Nade wszystko zaś pragnęli śmierci Arafata. Szaron wiele razy próbował go zabić, bez ustanku bombardując Zachodni Bejrut.  Podam panu tylko jeden przykład. W ostatnich dniach tej kampanii zadzwonił do mnie dyrektor mojej dawnej szkoły Bon Lasad, zwracając się do mnie o pomoc, gdyż izraelscy żołnierze niszczą tam wszystko, kradną radia, maszyny do pisania, co tylko wpadnie im w ręce. Pojechałem tam, żeby sprawdzić, czy na coś się przydam. Izraelczycy zrobili z dużej części szkoły swoją bazę. Na miejscu zastałem Szarona, Ejtana, Droriego i Amosa Jarona, którzy siedzieli przed telewizorem i pili szampana. Telewizor był połączony ze specjalną, wyposażoną w kamerę bombą, którą wiózł któryś z ich samolotów. Bomba ta miała spaść na Arafata w trakcie narady w jednej z jego licznych kwater. Na ekranie widać było z wysoka Bejrut, którego obraz zniknął, gdy bomba wybuchła. Szampanem wznieśli toast za śmierć Arafata, ale on opuś­cił wskazany przez agenta lokal na kilka minut przed eksplozją bomby.
„Ilekroć Izrael wszczyna wojnę, to wygrywa ją i traci pokój - powiedział Baszir Izraelczykom przy kolejnym spotkaniu. - Jeżeli naprawdę chcecie wygrać wojnę, to muszę zostać prezydentem Libanu. A załatwię sobie wybór na prezydenta wówczas, gdy zajmiecie moją szkołę w Jamhur, która znajduje się nad pałacem prezydenckim w Baad. Dopiero wtedy zawrzemy traktat o wzajemnej obronie, traktaty strategiczne, wszelkie porozumienia.”
Dżemajel nalegał na zajęcie swojej byłej szkoły bynajmniej nie z powodów mistycznych czy przesądów, ale dlatego, że poniżej leżał pałac prezydencki, który okupowali Syryjczycy. Żaden kandydat nie był skory ogłaszać wyborów, dopóki syryjskie wojsko zajmowało pozycje, z których mogło zniszczyć tę budowlę. Izraelczycy jeszcze, raz spełnili życzenia Baszira. Wybory 23 sierpnia 1982 roku odbyty się jednak nie w pałacu prezydenckim, tylko w libańskiej akademii wojskowej w Fajadije. W drugim głosowaniu Baszira Dżemajela wybrano na prezydenta Libanu.
Przedtem jednak omówił z Izraelczykami skład swojego rządu. Jak szeroka ma być jego baza polityczna? Czy będzie to rząd narodowej zgody?
- Pamiętam słowa generała Rafaela Ejtana (szefa izraelskiego sztabu) - powiedział mi Hubajka. - „Nie ma znaczenia, jak szeroki będzie ten rząd lub jak mały, Baszir. Mówimy tu bowiem o dużej albo małej trumnie. Pana głowa w tym, żeby w tej trumnie zaniknąć rząd, ministrów. Może pan z nimi robić, co się panu żywnie podoba.” Po wyborze na prezydenta Baszir pojechał na tajne nocne spotkanie z Beginem, Szaronem i Szamirem. Odbyło się ono w Naharija w północnym Izraelu, blisko granicy z Libanem. Zaczęło się l września o jedenastej wieczorem i trwało do trzeciej rano. „Po twoim wyborze nie mogę cię już dłużej nazywać moim synem - powiedział Begin. - Będę cię musiał tytułować panem prezydentem. Ale ponieważ jesteś prezydentem, a ja premierem Izraela, to możemy już podpisać uzgodnione wcześniej traktaty.” „Nie mogę ich podpisać - odpowiedział Baszir. - Dopiero co mnie wybrano. Muszę utworzyć rząd i to jego ministrowie omówią z wami te traktaty.” Tu wtrącił się Szaron i powiedział: „Przecież już uzgodniliśmy sprawę libańskiego rządu”. „Na to nie mogę się zgodzić - odparł Baszir. - To poniżej mojej godności. Ten rząd musi mieć szeroką społeczną bazę, jak to w demokracji. Muszę zachować dobre stosunki z muzułmanami. Z państwami arabskimi. Nie chcę otwierać jednego okna, a zamykać dwadzieścia jeden drzwi.” Begin wściekł się i nazwał go kłamcą i oszustem. „Za kogo ty się uważasz?! To nie ty stoisz ze swoimi wojskami w Jerozolimie, tylko ja ze swoimi w Libanie. Mogę cię w każdej chwili zmiażdżyć.”
Prezydent elekt oznajmił swoim kolegom w Bejrucie, że jego zdaniem bilateralne stosunki z Izraelem byłyby bardzo niebez­pieczne.
- Musimy sprowadzić Amerykanów, i to w dużej sile - powiedział. - Zawrzeć trójporozumienie. A poza tym chciałbym zachować otwarte drzwi w stosunkach z Syrią.
Jedne tajne spotkania goniły drugie. 12 września Szaron i Baszir Dżemajel zrewidowali plany.
Daty nocnej schadzki Baszira Dżemajela z przywódcami Izraela i spotkania z Szaronem, l i 12 września, są szczególnie ważne, jeśli przyjrzeć się chronologii wydarzeń:
6 czerwca Izrael najechał Liban. 14 czerwca izraelskie oddziały zajęły już kilka przedmieść Bejrutu. Tego samego dnia do Libanu przyleciał specjalny wysłannik prezydenta Reagana, Philip Habib, na pierwszą rundę rozmów pokojowych. 26 czerwca izraelskie wojska otoczyły Bejrut. 19 sierpnia zakończono pertraktacje w sprawie całkowitego wycofania sił OWP z tego miasta. 23 sierpnia Dżemajela wybrano na prezydenta. Akurat wtedy przejechały międzynarodowe siły pokojowe i zajęły pozycje strategiczne wokół Bejrutu, l września zakończono ewakuację oddziałów OWP z Libanu. Pomimo podpisania przez Habiba zobowiązania, że po wymarszu tych oddziałów pales­tyńscy cywile otrzymają ochronę, już 12 września wszystkie siły pokojowe zostały wycofane i odjechały. Tak oto wyglądał scenariusz zapowiadający masakrę. Gdy nie stało Amerykanów, Włochów i Francuzów, kto miał strzec mieszkańców Sabry i Szatili? Falangistowskie oddziały Dżemajela? Izraelczycy?
14 września przed prezydentem elektem stanęły otworem drzwi do Syrii. Ważną rolę w tym odegrał Hubajka. Rozpoczęły się więc rozmowy, ale tym razem nie z Izraelczykami, tylko z przed­stawicielami kraju, który był ich najzacieklejszym przeciwnikiem - Syrią. Hubajka przystąpił po cichu do zorganizowania spotkania Baszira Dżemajela z bratem syryjskiego prezydenta, Rif’atem. Przewidziano, że odbędzie się ono 17 września w wiosce Akuza w północnym Libanie. Żeby zabezpieczyć Baszira przed wykryciem, Hubajka przygotował mu dziwaczne przebranie. Wymyślił, że prezydent pojedzie na spotkanie w masce, będącej kopią twarzy prezydenta Francji Mitterranda.
Ostatnie szczegóły spotkania ustalono 11 września. 14 na zebraniu w siedzibie falangistów w Bejrucie wybuchła elektronicznie zdeto­nowana bomba, zabijając Baszira Dżemajela i 25 działaczy jego partii. Niektórzy, w tym Hubajka, oskarżyli o to Palestyńczyków, inni Syrię, a jeszcze inni Izrael. Bombę zdetonował 26-letni libański chrześcijanin, Habib Chartuni, którego Hubajka wkrótce aresztował. Długo rozwodził się w rozmowie ze mną na temat tego zabójstwa. chcąc mnie przekonać, że zamachowiec był związany z Palestyń­czykami. Prowadziliśmy ją zresztą, co nie jest bez znaczenia, w Damaszku. Być może trudno było mu się przyznać, że Chartum był członkiem Syryjskiej Partii Nacjonalistycznej, że bombę i instrukcje otrzymał do Nabiła Al’ama, który natychmiast zbiegł do Syrii, i że jako agent syryjskiego wywiadu podlegał nieuchwytnemu Alemu Dubie*.
[przypis: *Kiedy później, pod koniec roku 1992, rozmawiałem z Ahmedem Dżibrilem, przyznał się, że to on sporządził bombę, która zabiła Baszira Dżemajela]
Jeśli relacja Hubajki o planowanym spotkaniu Dżemajela z bratem prezydenta Asada jest ścisła, to w takim razie Rifat i Duba nie kontaktowali się wówczas ze sobą. To, co niebawem nastąpiło w Sabrze i Szatili, można łatwo zinterpretować jako zemstę Falangi za śmierć jej przywódcy, ale to nieprawda. Plan ten powzięto na długo przed zamordowaniem Dżemajela.
Hubajka powiedział mi:
- Po śmierci Baszira przyjechali Szaron z Ejtanem. Spotkali się z Fadim Fremem (dowódca wojsk libańskich), Fuadem Abunaderem i Zahim Bustanim. Na pytanie Izraelczyków: „Czy wiecie o »rozróbie«, którą uzgodniliśmy z Baszirem?”, odpowiedzieli, że wiedzą. „No, to nadszedł czas - oświadczył Szamir. - Nie wolno nam zostawić organizacyjnych struktur palestyńskich w Bejrucie w nie­tkniętym stanie. Nie możemy pozwolić sobie na precedens wejścia do stolicy arabskiego kraju. Świat by tego nie zaakceptował, dlatego musicie nam pomóc.” „Nie możemy tego zrobić bez zgody szejka Pierre’a (Pierre’a Dżemajela, założyciela partii falangistowskiej, ojca Baszira) - odpowiedzieli im Fadi, Fuad i Zahi i poszli do szejka. Poinformowali go, że Izraelczycy domagają się spełnienia obietnicy, którą dał im Baszir. Szejk Pierre był po śmierci syna w bardzo złym sianie psychicznym. „Wszystko, co postanowił Baszir, musi być spełnione”, odparł im, a Fadi przekazał jego słowa Izraelczykom, ale ci chcieli to usłyszeć bezpośrednio od niego. „Zachowujcie się tak, jakby on żył, a ja i Amin (Amin Dżemajel) zrobimy to samo”, powiedział szejk Pierre Szaronowi i Ejtanowi. Tak więc Fadi natychmiast rozkazał swoim oddziałom, które stacjonowały na lotnisku, wymarsz na obozy. I nie tylko im, także szyitom i oddziałom Amalu z rejonu Burdż al-Baradżna. Ściągnięto również oddziały z południa, którymi dowodził major Saad Haddad. Wszyscy oni weszli do obozów.

 

(Opis rzezi)


Wspólna operacja wojsk libańsko-izraelskich rozpoczęła się w środę 15 września o szóstej rano. Wcześniej uzgodniono, że oddziały izraelskie nie wejdą do obozów, a zrobią to falangiści. W czwartek po południu obozy palestyńskich uchodźców Sabra i Szatila otoczyły z trzech stron oddziały izraelskie, a z czwartej ich falangistowscy sprzymierzeńcy. O piątej po południu falangiści weszli do Szatili, a ich ruchy uważnie śledziło izraelskie dowództwo. Izraelski punkt dowodzenia mieścił się na dachu pięciopiętrowej ambasady kuwejckiej, niecałe 200 metrów od obozu.
Rankiem, w sobotę 18 września 1982 roku, pisarz i dziennikarz Robert Fisk wszedł do obozu na oczach nadal obserwujących wszystko izraelskich wojskowych. Byli z nim trzej koledzy: Loren Jenkins, Karsten Tveit i William Foley. Zamierzałem spisać własną relację o tym, co ci i inni ludzie zastali w tych obozach, ale Fisk opublikował książkę Szkoda tego narodu. Wyrażam mu głęboką wdzięczność, iż pozwolił mi zacytować jej fragment. Jest to bowiem relacja nie z drugiej czy trzeciej ręki, tylko naocznego świadka.
Poznaliśmy to po muchach. Milionach much, których brzęczenie było równie wymowne, jak unoszący się w powietrzu smród. Wielkie jak muchy plujki owady obsiadły nas, nie odróżniając zrazu żywych od martwych. Kiedy przystawaliśmy, notując na gorąco, lądowały, niczym wojsko, całymi brygadami na białych kartkach, dłoniach, rękach, twarzach, gromadziły wokół oczu i ust, przenosząc się z ciała na ciało, z wielu martwych na garstkę żywych, z trupa na reportera. a ich małe zielone korpusy drżały z podniecenia, gdy znalazły nowe mięso, na którym mogły usiąść i ucztować.
Kiedy poruszaliśmy się nie dość szybko, gryzły nas, lecz przeważnie unosiły się szarą chmurą wokół naszych głów i czekały, aż łaskawie znieruchomiejemy jak martwi. Usłużnie uświadamiały nam nasz fizyczny związek ze zwłokami leżącymi dookoła, przypominały, że w śmierci kwitnie życie, że ktoś na niej korzysta. Były bezstronne. Za nic miały to, że są to ciała ofiar masowego mordu. Zachowywały się wobec wszystkich nie pogrzebanych trupów tak jak zawsze i wszędzie. Chyba tak wiośnie wyglądały skwarne popołudnia w czasach Wiel­kiego Moru.
Z początku nie używaliśmy słowa „masakra”. Nie mówiliśmy wiele z powodu much nieomylnie znajdujących nasze usta. Dlatego właśnie zakrywaliśmy je chusteczkami, które w końcu byliśmy zmuszeni przyciskać do nosów, bo muchy wędrowały nam po twarzach. Jeżeli trupi odór w Sydonie był nieznośny, to smród w Szatili przyprawiał o torsje. Czuliśmy go przez najgrubsze chustki. Po kilku minutach węchem zaczęliśmy znajdować zabitych.
Leżeli wszędzie - na ulicach, w zaułkach, na podwórzach, w rozwalonych pokojach, przysypani tynkiem, na górach śmieci. Chrześcijańscy milicjanci, których Izrael wpuścił do obozów, żeby „wypłoszyli terrorystów”, niedawno stąd wyszli. Gdzieniegdzie na ziemi widać było jeszcze nie zaschniętą krew. Zobaczyliśmy setki trupów i przestaliśmy je liczyć. Ciała kobiet, młodych mężczyzn, dzieci, dziadków zaścielały ulice, spoczywając pospołu w gnuśnym, pokornym nadmiarze tam, gdzie ludzi tych zarżnięto albo zastrzelono z broni maszynowej. Każde przejście wśród rumowisk ujawniało kolejne trupy. Z palestyńskiego szpitala zniknęli pacjenci, kiedy siepacze przepędzili stamtąd lekarzy. Wszędzie natykaliśmy się na ślady pośpiesznego kopania masowych grobów. Zamordowano pewnie tysiąc ludzi, a prawdopodobnie o połowę więcej.
Kiedy wędrowaliśmy tak wśród dowodów straszliwego barbarzyń­ska, Izraelczycy obserwowali nas z dachu wysokiego budynku na zachodzie, drugiego przy alei Camille Chamun. Przyglądali się nam przez lornetki, a kiedy przesuwali nimi po zaścielonych trupami ulicach i obozie, w ich soczewkach niekiedy błyskało słońce. Loren Jenkins klął. Podejrzewałem, że opanowuje w ten sposób mdłości, o które przyprawiał straszny smród. Wszystkim nam zbierało się na wymioty. Oddychaliśmy śmiercią, wciągając do płuc gnilny odór rozdętych dal. Jenkinsowi od razu przyszło na myśl, że część winy za tę makabrę ponosi izraelski minister obrony.
„Szaron! - wykrzyknął. - To ten skurwiel Szaron! To powtórka Deir Jassin!”
To, co zastaliśmy w palestyńskim obozie Szatila o dziesiątej rano, 18 września 1982 roku, umyka opisowi, chociaż łatwiej daje się ująć w chłodne słowa medycznego raportu. W Libanie już przedtem zdarzały się masakry, ale rzadko na taką skalę i nigdy pod nadzorem regularnego, podobno zdyscyplinowanego wojska. W bitewnym zamęcie i wrogim szale zabito w tym kraju dziesiątki tysięcy. Ale ci ludzie byli nieuzbrojeni. Było to masowe ludobój­stwo, a ten przypadek - jakże łatwo szermuje się słowem „przypa­dek” w Libanie - potwornego barbarzyństwa przechodził nawet to, co Izraelczycy nazywali „barbarzyńskim terrorem”. Tu dokonano zbrodni wojennej.
Jenkins, Tveit i ja byliśmy tak przytłoczeni tym, co ujrzeliśmy, że z początku nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak to nami wstrząsnęło. Towarzyszył nam Bili Foley z agencji AP. Kiedy obchodził obóz, byt w stanie wydusić z siebie jedynie słowa „Chryste Panie!”, które powtarzał wiele razy. Pogodzilibyśmy się jakoś z kilkoma morder­stwami, a nawet z paroma dziesiątkami zwłok ludzi zabitych w fer­worze walki, ale tu w domach leżały martwe kobiety z szeroko rozłożonymi nogami i w spódnicach rozdartych do pasa, dzieci z poderżniętymi gardłami, a pod ścianami szeregi młodych mężczyzn zastrzelonych strzałami w plecy. Widzieliśmy też niemowlęta, sczer­niałe niemowlęta, które zaszlachtowano dobę temu, więc ich ciałka już się rozkładały, rzucone na góry śmierci wraz z pustymi puszkami po żywności z magazynów amerykańskiej armii, izraelskim zużytym wojskowym sprzętem medycznym i pustymi butelkami po whisky.

Gdzie byli mordercy? Albo żeby użyć języka Izraelczyków, gdzie byli „terroryści”?
Pytanie Fiska wciąż domaga się odpowiedzi. Mordercy, „terroryści” byli w wielu miejscach . Niekórzy wrócili do koszar we Wschodnim Bejrucie, innych Izraelczycy odwieźli samolotami do Południowego Libanu. Ich wspólnicy zaś przebywali gdzie indziej - w dowództwie i ośrodkach władzy w i Jerozolimie.
Premier Begin bardzo lubił przywoływać przeszłość. Chętnie malował dramatyczne obrazy zagłady Żydów. Miał ciągoty do wypowiadania zdań w rodzaju: „Nigdy więcej”. Człowiek ten, który ucałował zakazany prawem sztandar Irgunu, a w latach czterdziestych bronią i bombami mordował ludzi, został laureatem Pokojowe] Nagrody Nobla. Słowa „nigdy więcej” dotyczyły oczywiście nie jego własnych terrorystycznych czynów, tylko potwornej zbrodni ostatecz­nego rozwiązania kwestii żydowskiej. Ale czy z tych samych ust nie padły dopowiedziane półgębkiem inne słowa? Słowa, które znalazły bezpieczną przystań w ciemnych zakamarkach dusz przynajmniej części z jego słuchaczy? Nigdy więcej - ale nie wobec Palestyńczyków!
Elie Hubajka powiedział:
- W sobotę (18 września 1982)* [przypis: W dziesięć lat po wypadkach Hubajce wydawało się, że narada ta miała miejsce 18 września. Raport Kahana stwierdza jednak, że odbyła się dzień wcześniej.] Ejtan (izraelski generał, szef sztabu) przyszedł i powiedział: „To była doskonała akcja. Gra­tulujemy libańskim oddziałom, które spisały się nadzwyczaj skutecznie”.
W swojej relacji Hubajka stwierdził dalej, iż w dzień później, gdy opinia światowa zaczęła reagować na to, co się stało, Izraelczycy powrócili.
- To katastrofa - oświadczył podobno Szaron i dodał: - Musicie ponieść konsekwencje, weźcie to na siebie. Podczas rozmowy z Hubajką nurtowała mnie jedna kwestia.
- Czy pańskim zdaniem, kiedy przed wejściem Libańczyków do obozów Izraelczycy mówili o rozróbie, to domagali się masakry? - spytałem.
- Tak. Jedna z umów Baszira i Amina Dżemajelów z Izraelczykami dotyczyła przesiedlenia wszystkich Palestyńczyków do doliny Bekaa. Można tego było dokonać tylko ich masakrując. Tylko rzeź mogła zmusić ich do panicznej ucieczki z Bejrutu.
- Tak samo jak w Deir Jassin?
- Nie wiem, jak było w Deir Jassin.
Może Hubajka nie wiedział, za to inni wiedzieli. Pytany o swój udział, upierał się, że nie uczestniczył w masakrach w Sabrze i Szatili, bo w tym czasie zajmował się głównie, a właściwie wyłącznie, przesłuchiwaniem mordercy Baszira Dżemajela, syryj­skiego agenta Chartuniego. Wyszczególnił, co robił w tamtym czasie. Opowiedział mi o swoich polowaniach w różnych częściach Bejrutu na zdalny detonator, którego użył Chartuni, i o spotkaniach z Aminem Dżemajelem, przymierzającym się do schedy po bracie i objęcia stanowiska prezydenta Libanu, co wkrótce stało się faktem. Jeśli chodzi o różne oskarżenia, jakie padły w pierwszych dniach po masakrze, a rozszerzyła je potem komisja Kahana, to Hubajka wyparł się swojego udziału w wydarzeniach, nazwanych słusznie przez Finka zbrodnią wojenną. Hubajka zaprzeczył też zeznaniom złożonym przed komisją Kahana przez izraelskich oficerów, jakoby w czasie masakry przebywał na dachu budynku, w którym mieściło się dowództwo wojsk Izraela, a także temu, aby nakłaniał żołnierzy, by „czynili wolę Bożą”.
W owym czasie moja organizacja liczyła trzydziestu ludzi - powiedział. - Nie byliśmy oddziałem wojskowym. Zajmowaliśmy się tylko wywiadem (...) Kiedy Izraelczycy obwinili mnie o to, co się stało, poszedłem do Fadiego Ferma i powiedziałem mu: „Posłuchaj, Fadi, nie wiem, czy oni to mówią poważnie”. W tamtym czasie nikt i nie brał tego oskarżenia serio, ani Palestyńczycy, ani Izraelczycy, nikt w ogóle. Walczyliśmy z Palestyńczykami przez dziesięć lat, tak więc jedna masakra więcej czy mniej (...) Spytałem go: „Więc co z tym będzie?” Odpowiedział: „Niczym się nie przejmuj”. Poszedłem do Johnny’ego Abdula, który był wtedy szefem wywiadu u Sarkisa (prezydenta Eliasa Sarkisa) i spytałem, co mam robić. „Nie rób nic” - odpowiedział. Przyszli do mnie ludzie z CIA i powiedzieli: „Wiesz, Elie, musimy zerwać z tobą stosunki, oficjalne, ale nieoficjalnie będziemy w kontakcie”.
Hubajka powiedział mi, że odwiedził wielu ludzi, najbardziej wpływowego w Libanie szejka Pierre’a Dżemajela, jego syna Amina. I od wszystkich usłyszał te same słowa. „Nic nie rób, niczym się nie przejmuj.”
- Jeżeli nie dowodził pan ludźmi, którzy weszli do obozów, to kto nimi dowodził? - spytałem.
- Busi Aszkar. Był dowódcą naczelnym wojsk w Bejrucie.
21 września Amin Dżemajel został prezydentem Libanu, w zaled­wie tydzień po zamordowaniu Baszira i w trzy dni po rzezi w Sabrze i Szatili. Jeszcze w tym samym tygodniu, w którym zosłał prezyden­tem, Ariel Szaron i Icchak Szamir zażądali od niego spotkania w trybie pilnym.
Elie Hubajka powiedział mi:
- Spotkanie to odbyło się w kilka dni po wyborze Amina, w Maison de Future w Bajt Al-Mustakbal. Szaron i Szamir rozmawiali z nim o Sabrze i Szatili. „To przeszłość. Żaden problem”, powiedział im. Ale dla nich to był problem, i to duży. Poprosili go więc, by im podał jakieś nazwisko, wszystko jedno jakie. „Powiedzcie, że to wasze oddziały weszły do Sabry i Szatili, nie wspominajcie o ma­sakrze, ale odpowiedzialność za te akcje weźcie na siebie.” „Nie ma mowy - odparł Amin. - My nie mamy nic wspólnego z Sabrą i Szatilą.” „Jak to? - oni na to. - Przecież zgodził się na nią Pierre Dżemajel. Był też przy tym obecny Fadi Frem.” „Tak było”, przyznał Fadi. „Posłuchajcie - powiedział Amin. - Dopiero co mnie wybrano, na nic wam się nie przydam, jeżeli zostanę skompromito­wany. Sami wiecie, że ta sprawa należy do przeszłości, więc niech tak zostanie. Musimy zająć się przyszłością.”
Wielu jednak nie było gotowych odłożyć „tej sprawy”. Z całego świata, i od Żydów, i od gojów, napływały wyrazy oburzenia i potępienia. W sobotę 25 września miała miejsce najpotężniejsza reakcja i to w Izraelu, w samym sercu tego kraju. Tego dnia wieczorem ludzie wylegli na ulice Tel Awiwu. Nowi i starzy imigranci, liberałowie, ortodoksi, ocaleni z hitlerowskiej zagłady, żołnierze służby czynnej, przedstawiciele wszystkich warstw społecz­nych. Różnie ocenia się ich liczbę, od trzech do pięciu tysięcy, ale w kraju liczącym około czterech milionów mieszkańców de­monstracja ta miała swoją wagę. Była największą demonstracją w historii Izraela. Domagano się wycofania wojsk izraelskich nie tylko z Bejrutu, ale z Libanu. Domagano się jawnego, niezależnego śledztwa w sprawie masakr. Manifestanci zademonstrowali, że oprócz mroku w duszach i umysłach niektórych przywódców kraju, w sercach wielu obywateli Izraela gości moralność i dobro. Dowiedli, że dusza i sumienie tego narodu żyją i mają się dobrze. Domagali się wymierzenia sprawiedliwości barbarzyństwu w Sabrze i Szatili.
Wiedliśmy nad rzekami Babilonu, plącząc na wspomnienie Syjonu. Bezpośrednim wynikiem tej demonstracji było powołanie komisji Kahana, która pomimo używania epitetów, takich jak nazywanie Palestyńczyków „terrorystami”, i uchybień, takich jak kompletna „niezdolność do powiązania masakr z najazdem Izraela na Liban, była znaczącą próbą przynajmniej częściowego ustalenia prawdy. Jednym przywódcom izraelskim wnioski komisji zaszkodziły, inni na nich skorzystali. Jeśli Begina zniszczyły, to wyniosły do władzy Szamira. Winnymi uznano też w różnym stopniu Droriego, Szarona, Ejtana, Jarona i Sąguja. „Szaron musiał odejść z rządu, lecz wkrótce powierzono mu inne ministerstwo. Generał Jehoszua Saguj, szef izraelskiego wywiadu wojskowego, należał do tych, którzy odeszli. To właśnie on, o czym wspomniałem wcześniej, rozpuścił w 1986 roku informację, że „Carlos nie żyje”.
Prezydent Amin Dżemajel też powołał własną libańską komisję do zbadania sprawy. Po prowadzonym w tajemnicy śledztwie doszła ona do wniosku, że masakr dokonali „nieznani sprawcy”. Tak więc nikogo nie oskarżono o zbrodnię w bejruckich obozach dokonaną pomiędzy czwartkiem 16 a sobotą 18 września.
Oskarżenia Hubajki były na tyle istotne, że wymagały rozmów z dwoma ludźmi: prezydentem Aminem Dżemajelem i ministrem obrony Izraela Arielem Szaronem.
Podczas rozmowy w Paryżu, w styczniu 1993 roku, były prezydent Libanu potwierdził mi prawdziwość większości twierdzeń Hubajki: potajemne dozbrajanie i szkolenie falangistów przez Izrael i do­starczanie im ropy; tajna podróż Szamira do Dżunije w roku 1981 w celu zawarcia układu z Baszirem Dżemajelem, zmowa partii falangistowskiej z Szaronem i innymi czołowymi Izraelczykami w sprawie najazdu Izraela na Liban w odpowiedzi na, żeby użyć słów Szarona, „hipotetyczny atak terrorystów”: uporczywe wysiłki Baszira Dżemajela, żeby wciągnąć izraelskie wojsko jak najdalej w głąb Libanu aż do Bejrutu, a przede wszystkim, co najbardziej obciążające, że do masakr miało dojść przed śmiercią Baszira. W akcji tej miały dopomóc libańskie oddziały. Amin Dżemajel wyznał mi, że od lutego 1982 roku wiedział nie tylko o zbliżającej się inwazji izraelskiej na jego kraj, ale i o tym, że do planu należy udział libańskich wojsk w „rozróbie, w brudnej robocie”.
Były prezydent Libanu tak to wyjaśnił:
- Gdyby Izraelczycy po dotarciu do Bejrutu pozwolili na za­chowanie palestyńskiej organizacji w tych obozach, oznaczałoby to dla nich klęskę. Tak jak polityczną klęską byłoby dla Szarona zachowanie nie tkniętej struktury organizacyjnej OWP. Pan rozumie, chodzi o „realpolitik”. W Izraelu zdawano sobie sprawę, że pozo­stawienie tych obozów grozi prawdziwą katastrofą i że ktoś musi to zrobić. Dlatego ściągnęli Libańczyków, wojsko z Południowego Libanu, ludzi Haddada po to, żeby byli w tym czasie w Bejrucie. To oni weszli podobno wtedy do obozów Sabra i Szatila.
Od Amina Dżemajela usłyszałem też, że przed masakrami Izrael miał w tych obozach swoich agentów i „wiedział wszystko, co się w nich dzieje”. Jeśli tak, to izraelskie naczelne dowództwo włącznie z Szaronem zdawało sobie doskonale sprawę ze zwodniczości własnych twierdzeń, iż po wycofaniu się OWP z Bejrutu w obozach pozostało około dwóch tysięcy terrorystów.
Amin Dżemajel potwierdził również relację Hubajki o potajemnym spotkaniu jego brata z Menachemem Beginem we wrześniu 1982 roku. Tylko w dwóch sprawach były libański prezydent miał inne zdanie niż Hubajka. Po pierwsze, zaprzeczył, jakoby jego brat zgodził się na udział w rzezi. Po drugie, choć przyznał, że Szaron istotnie złożył im w domu wizytę 15 września, na mniej więcej dobę przed masakrą, ale nie rozmawiał wtedy z jego ojcem o wejściu oddziałów libańskich do Sabry i Szatili. Potwierdził wszakże, że wkrótce po swoim wyborze na prezydenta spotkał się potajemnie z Szaronem i Szamirem w Maison de Future i że przybyli tam znaleźć kozła ofiarnego, na którego mieli zrzucić winę za masowy mord.
Do generała Szarona wysłałem kilka próśb o wywiad. Poinfor­mowałem go, że w mojej książce „niektóre cytowane opinie o panu są bardzo krytyczne, chcąc więc być wobec pana maksymalnie sprawiedliwym, chcę dać panu okazję do ustosunkowania się do nich”. W chwili kiedy książka ta szła do drukarni, były izraelski generał nie zdążył jeszcze odpowiedzieć na moje listy.
Zostawiwszy Eliego Hubajkę w mieszkaniu na siódmym piętrze domu w Zachodnim Bejrucie, w towarzystwie moich syryjskich pośredników pojechałem do obozów Sabra i Szatila. Połączenie tych dwóch wizyt uznałem za bardzo właściwe. Przejechaliśmy przez teren zwany przez miejscowych Coca Colą z racji usytuowania tu rozlewni ulubionego napoju Amerykanów, a raczej tego, co z niej zostało po zrzuceniu na nią w roku 1982 przez Izraelczyków amerykańskich bomb. Miasto przypominało na ogół tamto, które widziałem przed czterema laty. Próby jego odbudowy wciąż hamo­wały i udaremniały oddziały wojskowe. Minęliśmy kompleks spor­towy ze zburzonym stadionem w Matina Reatia, zbombardowane estakady biegnące donikąd i wszechobecne śmieci i odpadki, wliczając w to przez nikogo nie chcianych ludzi, uchodźców po najświeższym wybuchu obłąkanych starć generała Michela Auna z Syryjczykami - mieszkańców skupisk bud i szop.
Obozy Sabra i Szatila przypominały Gazę, ale warunki były tu znacznie gorsze. Nie brukowanymi ulicami płynęły nieczystości, tuż obok bawiły się dzieci, na straganach sprzedawano mięso i inną żywność, a samochód musiał stale omijać kratery po bombach. Kazałem Ahmedowi zatrzymać się i pod czujnym okiem syryjskich żołnierzy ruszyliśmy przez Sabrę i Szatilę, rozmawiając z niektórymi z ocalonych.
Ze wszech miar zasługiwali na to miano. Niektórzy z moich rozmówców mieszkali tu od blisko czterdziestu lat. Przeżyli wszystkie rzezie przed i po masakrze we wrześniu 1982 roku, która nie była dla nich ostatnią ciężką próbą. Po niej wybuchły obozowe wojny, trwające od 1985 do 1988 roku, a po walkach następowały oblężenia i nowe starcia. Powiedzieli mi o bombardowaniach w 1982 roku, które trwały nieustannie przez ponad osiemdziesiąt dni, o siejących śmierć i potwornie okaleczających wiązkach bomb zrzucanych na obozy. Opowiedzieli mi, jak poczuli się bezpieczni po tym, gdy Philip Habib wynegocjował pokój i wojska Arafata opuściły Liban. „Nie było powodu się bać. Istniały gwarancje.” W środę 14 września nie uszły wprawdzie ich uwagi duże ruchy izraelskich wojsk wokół obozów, ale uznali to za normalne. Izraelczycy zachowywali się wobec nich jakby nigdy nic.
- Zaczęło się o czwartej po południu. Po szóstej, kiedy zapadły ciemności, mordercy pojawili się w obozach w większej liczbie. Zadaniem izraelskich wojsk było oświetlenie terenu. W ciemności bez przerwy rozbłyskiwały ich rakiety. Wystrzeliwali je dookoła spoza ogrodzenia. Było całkiem oczywiste, że rzezi dokonują wojska libańskie, co łatwo było poznać po mundurach, oznaczeniach. Któż jednak wie, czy nie było wśród nich Żydów przebranych za Libańczyków? Człowiek nie miał wtedy głowy zajmować się rozpoznawaniem, kto jest kto.
A działy się rzeczy przerażające.
Właścicielowi sklepu spożywczego zabrali protezę nogi, a potem strzelili mu w pierś. To samo spotkało osiemnastolatka pomagającego rannej kobiecie - dostał pięć kul. Przy wejściu do obozu garstka starszych ludzi błagała izraelskich żołnierzy, sześcioro staruszków prosiło okupantów o pomoc - nakazano im wrócić do środka, po śmierć. Ocaleni twierdzili, że staruszków tych nie zabili Libańczycy, tylko izraelscy żołnierze. Ocaleni, którzy urodzili się w Galilei, w Ace, w Hajfie.
- Siedemdziesięciu procent zabójstw dokonano nożami i siekiera mi. Woleli zabijać po cichu. Dzięki temu mogli dopaść znacznie więcej ludzi. Strzały słychać, alarmują. Mojemu synowi i jakiejś pani, pozwolili wyjść z obozu, bo zobaczyli, że nadchodzi dziesięć innych osób. Wypuścili tych dwóje, żeby zabić tamtych, których zaalar­mowałyby strzały. Zabijali jak leci. Całe rodziny, od niemowląt do dziadków.
Pokazano mi dwa masowe groby, twierdząc, że spoczywających w nich ludzi nie ma na żadnych listach Czerwonego Krzyża. Mówili o setkach spędzonych na pobliski stadion.
- Niektórych zastrzelili. Innych zakopali żywcem.
Według moich rozmówców zginęło wtedy co najmniej pięć tysięcy ludzi. Sceptycznie odnieśli się do kwestii pomocy OWP, o której powiedział mi Basam Abu Szarif, opierając liczbę zabitych na danych o zapomogach wypłacanych przez organizację Arafata przed i po masakrze.
- Ze strony OWP nie mieliśmy żadnego finansowego wsparcia od roku 1982 aż do Intilady, która zaczęła się w grudniu 1987 roku. Nie dali nam ani grosza. Potem tak. Ale nie wcześniej.
Jak mimo to przeżyli?
Chwytali się każdej pracy, choć zakazywało im tego libańskie prawo. Natomiast pomoc Narodów Zjednoczonych docierała tylko do 3% zamieszkujących obozy.
- Z tej pomocy można przeżyć trzy dni w miesiącu, a dostają ją tylko inwalidzi i ludzie całkiem niedołężni - usłyszałem.
Oczywiście cała reszta mieszkańców obozów była nadzwyczaj sprawna i samowystarczalna.
Po wielu dyskusjach i telefonach libańska armia wreszcie, choć bardzo niechętnie, pozwoliła mnie i Ahmedowi wejść na dach, który w czasie masakry służył Izraelczykom za wysunięty punkt dowodzenia. Według raportu Kahana z miejsca tego „nie sposób było zobaczyć, co się dzieje w obozowych uliczkach, nawet przez lornetki 20x120, dostępne na dachu punktu dowo­dzenia”. Stałem dokładnie tam, gdzie Szaron i inni, i gołym okiem widziałem całe sektory obozów, kolory prania suszącego się na rozwieszonych sznurkach, starszych ludzi czytających gazety i mieszających herbatę. Kiedy wręczono mi lornetkę, zobaczyłem, jakie gazety czytają.. Była czwarta po południu, godzina, o której rozpoczęto zabijanie, tylko miesiąc później, a więc światło było nieco słabsze niż tamtego popołudnia we wrześniu 1982 roku. Zapadł zmierzch i rozbłysły izraelskie rakiety. Stojący obok mnie libański wojskowy zapewnił, że w świetle rakiet widoczność stąd byłaby wspaniała.
Wszedłem na jakieś sto metrów w głąb obozu, przechodząc przez plac zabaw, pod którym spoczywały setki zabitych. Nagle skądś ryknęła znajomo brzmiąca muzyka. Skręciłem za róg. Na rumowisku siedział może dwunastoletni palestyński chłopiec, a obok niego stał wielki radiomagnetofon, z pewnością bardzo cenny przedmiot w tym wolnocłowym kraju. Z głośnika słychać było Bruce’a Springsteena. To właśnie to nagranie zwróciło moją uwagę.

Przysięgaliśmy, ślubowaliśmy nie cofnąć się, nie poddać.
Jak żołnierze w zimową noc na straży przysiąg: nie cofnąć się, me poddać.
Młode twarze starzeją się, smutnieją, w sercach żar wygasa, ślubowaliśmy na wietrze braterstwo krwi.
Znów pragnę być miody i usłyszeć głos twej siostry wołającej nas do domu przez podwórka.
Może gitary i perkusja pozwolą nam zakreślić sobie nasze własne miejsce.
Braterstwo krwi w burzliwą noc na straży przysiąg: nie cofnąć się, nie poddać.
Na ulicy przygasają światła, w ścianach mojego pokoju jest mi coraz ciaśniej.
A gdzieś tam trwa wojna.
Już nie my ją wygramy, powiadasz.
Chcę nad głową mieć spokojne niebo, śpiąc w łóżku z moją kochanką, a przed oczami przestwór i marzyć, i śnić.

Stałem porażony tym obrazem. Chłopak przyglądał mi się, a nad otaczającą nas zewsząd nędzą i obezwładniającym zniszczeniem huczała piosenka. Kiedy rozbrzmiał następny utwór Sprignsteena, zastanawiałem się, czy ten młody Palestyńczyk w ogóle kojarzy usłyszane słowa ze swoim życiem, swoim otoczeniem. Ale nie zastanawiałem się długo, bo chłopiec uśmiechnął się do mnie i podniósł ręce, układając palce w dwa V - znaki zwycięstwa.
W hotelu przemyślałem sobie ten dzień - rozmowy z Hubajką i mieszkańcami Sabry i Szatili. Kilka lat czekałem, żeby się przejść po tych obozach. Patrzeć. Pytać. Słuchać. Stać się świadkiem - nie dla innych, dla samego siebie - by zrozumieć, jak i dlaczego rozpętano tu tyle niewybaczalnego zła. Rzeczywistość okazała się taka, jak oczekiwałem. Wyłącznie symboliczna, nie wyjaśniająca niczego. Pierwszy z moich celów podróży do Bejrutu został spełniony, skierowałem więc uwagę na drugi - na Carlosa.
Zmieniony ( Piątek, 27 Luty 2009 14:21 )
 
" Moim zdaniem nie ma obecnie w społeczeństwie życia publicznego, gdyż zakłada ono istnienie świadomych jednostek dysponujących umiejętnością krytycznego myślenia, będących w stanie poddawać rządzących krytycznej ocenie, sprawować nad nimi kontrolę i prowadzić prawdziwą debatę publiczną. Jeżeli istnieje jakiekolwiek życie publiczne, to nosi ono znamiona przywileju, natomiast życie publiczne kształtowane w mediach, ośrodkach manipulacji, organach codziennej produkcji i reprodukcji, de facto je likwiduje. Co do nas, to musimy za każdym razem na nowo powoływać je do życia poprzez dyskusje i działania, po to by przeniknęło do całego społeczeństwa, do obszarów, na których nie istnieje."

Rudi Dutschke

bottom