| Fragment "Teresy" |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| Wtorek, 28 Kwiecień 2009 08:32 |
|
Steve Sem-Sandberg FRAGMENT KSIĄŻKI "TERESA" STAMMHEIM, JENA: Nieokreślony odcień szarości zbliżony do sztucznego blasku, jaki oświetla nocą przemysłowe strefy Europy; to miasto do nich należy, a jednak niezupełnie. W rzedniejącym mroku roślinność i zabudowania kładą się ciemnoszarym cieniem na tle jaśniejszej szarości. Aż wreszcie blada smuga światła ze wschodu odsłania kilka ostro zarysowanych sylwetek. Szczyty dachów, anteny telewizyjne; korony drzew obsypane młodymi liśćmi kołyszą się leniwie na łagodnym wietrze, niosącym zapach dymu z węgla brunatnego i czegoś jeszcze, stęchłego, gryzącego: może siarczanu. Ulice obramowane chodnikami o wyszczerbionych, kamiennych krawężnikach. Tu i ówdzie zaparkowany samochód. Szare, anonimowe tablice rejestracyjne. Na tylnej szybie rozpięta roleta przeciwsłoneczna, pisma z pożółkłymi okładkami o poskręcanych brzegach. Dzielnica willowa. Działki wytyczone wysokimi żelaznymi ogrodzeniami, gęstymi żywopłotami. Za ogrodzeniami i żywopłotami rozciągają się ogrody, niektóre całkiem zatopione w świeżej zieleni, tak, że światło z trudem wydobywa przedmioty z cienia. Huśtawka ogrodowa z pomalowanymi na biało metalowymi nogami, do połowy obrośniętymi trawą; zegar słoneczny. Bliżej domu troskliwie pielęgnowane różane rabaty. Przy ścianie szczytowej duży, jaśminowy krzew. W jego gałęziach jarzy się lampa; jej blask przygasa w miarę, jak światło rozlewa się na niebie. Dom obrośnięty bluszczem; ledwie można rozróżnić okna na parterze. Pierwsze mewy nadlatują ślizgając się nad dachami domów; zawieszone w powietrzu na sztywno rozpostartych skrzydłach; zaraz potem zawracają. Słychać nagle trudny do zlokalizowania hałaśliwy, jednostajny wrzask, jak gdyby ptaki coś wynalazły, gdzieś na dalekim podwórzu. Po chwili pierwsze promienie słońca uderzają w okna wysokiej i wąskiej wieży domu. Szyby okienne rozbłyskują; zamieniają się w lustra. Światło nabiera mocy. Jakby dosłownie odpychało od siebie mrok. Mimo to cała scena wygląda jak odwrócony obraz; nie tylko dlatego, że światło pada z niewłaściwej strony. Cały ruch odbywa się na niebie. W dole leży miasto - uśpione i ciche. Żadnych autobusów, ani żadnych odgłosów z biegnącej w oddali ulicy. Tymczasem mewy nadal spływają z nieba; wznoszą się w krzykliwych stadach. Długi odcinek ulicy, wzdłuż której ciągną się proste rzędy przystanków autobusowych i latarni, jak gdyby wytyczały linię w kierunku stale uciekającego punktu; perspektywa wieczności. Po asfalcie przechadzają się mewy, kapryśnie przekraczając niewyraźnie zarysowaną środkową linię; nagle podrywają się do lotu na chrypiący dźwięk samochodowego silnika. Morze białych skrzydeł, które o własnych siłach wznosi się w górę ku niebu. Przejeżdża ciężarówka, leniwie furkocze plandeka, miech, który się napełnia i opróżnia we własnym rytmie. Mewy krzyczą przez chwilę ponad dachami domów i znów opadają na jezdnię. Światło przypieka bruk chodnika. Zapach węgla staje się bardziej intensywny. Wciąż nikogo nie widać. Ciężki łoskot żelaza o żelazo; szczęk kluczy. Człapiące kroki, których echo się roznosi jak w tunelu, lub na klatce schodowej. Zachrypnięty głos woła: No już, szybko, nie mamy całego dnia przed sobą, echo słabnie. Drzwi się otwierają i zamykają.
Autobusy jadą powoli, kwartał za kwartałem. Zagęszczają się miejskie zabudowania. Wysokie, czarne od sadzy fasady; wiadukt kolejowy ( w górze lokomotywa wolno ciągnie za sobą skład towarowy). W autobusach stłoczeni ludzie, jeden przy drugim. Skądś, niekoniecznie z autobusu, dobiegają dźwięki muzyki. Głos starego człowieka intonuje dawną melodię: |
| Zmieniony ( Wtorek, 28 Kwiecień 2009 08:43 ) |
Horst Herold (szef Federalnego Urzędu Kryminalnego odpowiedzialnego za ściganie RAF)





