Linki

 

An-arche.pl

MA

 BM



Gazeta Wyborcza o Nowych Czerwonych Brygadach PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
Środa, 15 Październik 2008 17:07

 

(Przy.red: Artykuł z jednej strony próbuje obśmiać aresztowanych jako nieudolnych "idiotów" posługujących się "przeżartym ideologią bełkotem" z drugiej straszy "zimnymi oczami" zabójców)

 

  Czerwone Brygady:

ostatnia podróż Desdemony


Ach, te billingi! Bez nich włoskiej policji nie udałoby się posłać do więzienia nowej generacji Czerwonych Brygad. O tym, jak do tego doszło, opowiada Miłada Jędrysik

Początek rzymskiej via Salaria to ruchliwa ulica w centrum miasta. Biegnie pomiędzy eklektycznymi, zdobionymi bogato jak torty XIX-wiecznymi umbertyńskim kamienicami zwanymi tak od króla Umberta I, za którego panowania stolica wreszcie zjednoczonych Włoch przeżyła potężny boom budowlany.
20 maja 1999 r. profesor Massimo D'Antona, wykładowca prawa na uniwersytecie La Sapienza i ceniony doradca ministerstwa pracy, jak zwykle koło ósmej rano otworzył ciężką dębową bramę swojej kamienicy. Jego codzienny spacer przebiegał wzdłuż tej samej trasy: dom, studio przy pobliskiej via Bergamo, budynek wydziału prawa w kampusie La Sapienzy.Profesor nie wiedział, że od miesięcy snują się za nim cienie: mężczyźni, kobiety, starsi, młodsi, pieszo, na motorynkach. Łączyło ich jedno - nie wyróżniali się z tłumu.
Tego dnia profesor D'Antona zrobił tylko 150 kroków. Gdy mijał zaparkowaną przy chodniku białą furgonetkę marki Nissan, jej drzwi rozsunęły się i wyskoczył z nich mężczyzna. Strzelił profesorowi w plecy, a gdy ten już leżał, w brzuch i w serce - w sumie sześć kul kalibru 9 mm. Jego pełna papierów skórzana teczka, symbol statusu rzymskiego profesjonalisty, jeszcze długo leżała przy murze XVII-wiecznej Villi Albani.
Kilka godzin później do redakcji włoskich gazet trafił przysłany pocztą kurierską dokument. W jego nagłówku widniała dobrze znana pięcioramienna gwiazda wpisana w koło. I dwa słowa: Brigate Rosse. Czerwone Brygady.
 
Z 28 stron wylewał się niestrawny, przeżarty ideologią bełkot. Wynikało z niego, że celem organizacji jest "rozwój długoterminowej walki klasowej w celu zdobycia władzy politycznej i ustanowienia dyktatury proletariatu". Profesor D'Antona był zdrajcą, gdyż działał na rzecz "wprowadzenia w życie procesu kompleksowej restrukturyzacji i reformy ekonomiczno-socjalnej" oraz realizacji "projektu neokorporacyjnego". Mówiąc ludzkim językiem, był współautorem projektów reform liberalizujących rynek pracy.

Nie wiedzieli, że wojna się skończyła
 
Powiedzieć, że zabójstwo D'Antony wstrząsnęło Włochami, to za mało. Przez 11 lat, miesiąc i cztery dni, które minęły od ostatniego zabójstwa dokonanego przez Czerwone Brygady, kraj żył w przekonaniu, że polityczny terroryzm należy już do przeszłości. Pod koniec lat 60. Włochy stały się teatrem krwawego widowiska - prawicowi fanatycy podkładali bomby pod dworce i banki, a sędziowie, policjanci, dziennikarze i politycy ginęli z rąk lewackich terrorystów. "Lata ołowiu" osiągnęły kulminację w 1978 r., gdy Czerwone Brygady porwały i zabiły Aldo Moro - przywódcę chadecji i kandydata na premiera.

W latach 80. Brygady zostały pokonane - policji i karabinierom dowodzonym przez gen. Carla Alberta dalla Chiesę udało się przeniknąć do ich struktur. Organizację osłabiły również wewnętrzne kłótnie i podziały. Już w 1981 r. dowództwo BR rozpoczęło dyskusję o "strategicznym wycofaniu się" ze zbrojnej walki, a sześć lat później siedzący w więzieniach terroryści podjęli decyzję o jej zakończeniu.
 
Część brygadzistów, która się z tym nie zgodziła, dalej działała pod szyldem BR-PCC - Brigate Rosse per la costruzione del Partito Comunista Combattente (Czerwone Brygady na rzecz utworzenia Walczącej Partii Komunistycznej). Ten właśnie skrót pojawił się na dokumencie dostarczonym prasie po śmierci D'Antony. Jednak terroryści nie zabijali od 16 kwietnia 1988 r., gdy w Forli zginął Roberto Ruffilli, politolog, doradca ówczesnego chadeckiego premiera Ciriaco De Mity. Śmierć D'Antony oznaczała, że "niezłomni" znów postanowili chwycić za broń. Albo - co byłoby gorsze - że we Włoszech lat 90. wyrosło nowe pokolenie terrorystów.
To jednak nie były już te same Włochy - 30 lat wcześniej członków i sympatyków lewackich grup terrorystycznych można było liczyć w tysiącach. Sympatie dla tych radykalnych ruchów były silne zwłaszcza na uniwersytetach i w wielkich fabrykach. Grunt ideologiczny przygotował rok 1968, przyzwolenie na przemoc zaś dał owym grupom - w ich rozumieniu - wcześniejszy prawicowy terroryzm, a potem zamachy stanu w Grecji i w Chile.

Rozbicie struktur terrorystycznych w latach 80. zbiegło się w czasie z dojściem do władzy socjalistów, przynajmniej werbalnie wrażliwszych na nierówności społeczne. Potem rozpadł się Związek Radziecki. Terroryzm przestał być w oczach wielu receptą na niesprawiedliwość. Na początku lat 90. stało się nią antykorupcyjne śledztwo "czystych rąk", które doprowadziło do upadku skompromitowanych chadeków rządzących Włochami od ponad 40 lat i otworzyło drogę na salony władzy spadkobiercom Włoskiej Partii Komunistycznej.
Dlatego w 1999 r., choć wielu Włochów widziało w idei liberalizacji kodeksu pracy zamach na swoje podstawowe prawa i wielu nie podobało się to, że centrolewicowy rząd opowiedział się za interwencją NATO w obronie albańskiej ludności Kosowa, zamach na D'Antonę spotkał się z powszechnym potępieniem. Nowi terroryści działali w społecznej próżni - niczym japońscy żołnierze, którzy nie wiedzieli, że II wojna światowa się skończyła, i dalej ukrywali się w dżungli.
Śledztwo toczyło się powoli. Poszukiwanie w 60-milionowym narodzie niewielkiej, prawdopodobnie kilkunastoosobowej grupy aktywistów prawie bez punktu zaczepienia - bo wiadomo było tylko tyle, że mogli oni (ale nie musieli) mieć związek z dawnymi Czerwonymi Brygadami - można było porównać do szukania igły w stogu siana.

W maju 2000 r. aresztowano Alessandra Geriego, młodego człowieka, który miał związki ze środowiskami lewackimi. Został rozpoznany przez 14-letniego chłopca jako ten, który wkrótce po zamachu telefonował z budki przy via Rocci - z niej także przekazano mediom informację, że za zamachem stoją Czerwone Brygady. Jednak podczas konfrontacji małoletni świadek nie był już taki pewny, że widział Geriego. Podejrzany został zwolniony; dochodzenie utknęło w martwym punkcie.

Boję się, że mnie zabiją

Marco Biagi, profesor prawa i doradca ministerstwa pracy, również codziennie przebywał tę samą drogę. Gdy wyjeżdżał - do Rzymu do ministerstwa albo do Modeny, gdzie wykładał na uniwersytecie - zostawiał swój rower na parkingu przed dworcem w Bolonii. Kiedy wracał do domu, wysiadał wieczorem z pociągu i ruszał ruchliwą via dei Mille, by potem skręcić w wąskie i ciemne uliczki średniowiecznego bolońskiego getta.
Od śmierci Massima D'Antony minęły już dwa lata, dziewięć miesięcy i 27 dni. 19 marca 2002 r. Biagi jak zwykle postawił rower w podcieniach koło drzwi swojej kamienicy i pochylił się, by przypiąć go do słupka. Cienie, które snuły się za profesorem od kilku miesięcy, dobrze wiedziały, że zajmie mu to kilkanaście sekund i że w tym czasie będzie bezbronny - nie zdąży ani uciec, ani wezwać pomocy. Dwie kule trafiły go w plecy, kolejne dwie w szyję.
Profesor Biagi wiedział, że zginie. Kontynuował dzieło D'Antony, choć doradzał już innemu, centroprawicowemu rządowi. Przygotowywał "białą księgę pracy", która miała pomóc we wprowadzeniu dalszych liberalnych reform. Miał policyjną ochronę, ale po 11 września 2001 r. włoskie MSW nakazało przeniesienie części agentów do zadań związanych z walką z islamskim terroryzmem. Biagiego uznano za osobę zagrożoną w niewielkim stopniu.
I wtedy zaczęły się te telefony. - Wiemy, że nie masz już swoich aniołów stróżów...
 
Profesor wysyłał listy: do szefa policji, ministra spraw socjalnych, przewodniczącego parlamentu. "Boję się, że będę drugim D'Antoną" - pisał zdesperowany. Jego apele trafiały w próżnię. - Histeryk - powtarzano sobie, wzruszając ramionami, na policyjnych komendach.
Gdy po śmierci Biagiego wyszło to na jaw, szef MSW Claudio Scajola zapłacił stanowiskiem. Męczonemu przez dziennikarzy w sprawie eskorty ministrowi wyrwało się wreszcie, że profesor był "wyjątkowo upierdliwy".
Wybuchł ogromny skandal. Dla włoskich organów ścigania schwytanie morderców Biagiego i D'Antony stało się zadaniem nr 1. W Rzymie, w Bolonii i we Florencji powstały trzy grupy zadaniowe złożone z funkcjonariuszy policji śledczej i specjalnych komórek antyterrorystycznych. Przez prawie trzy lata od zabójstwa na via Salaria materiałów nazbierały się tony. Policjanci w trzech miastach zabrali się do czytania ich na nowo, by szukać nowych skojarzeń i związków. W policyjnym żargonie nazywa się to "śledztwem systemowym". - To najtrudniejszy moment. Czujesz tylko zapach, nie dostrzegasz nawet cienia. A więc czekasz, żeby ci, których szukasz, popełnili błąd. Bo wszyscy je popełniają, wcześniej czy później - mówił jeden ze śledczych.
 
Miała takie zimne oczy

Śledczy nie wspomniał jednak o innym ważnym aktorze - przypadku. Przypadek wszedł na scenę 2 marca 2003 r. w pociągu relacji Rzym - Florencja.
O godz. 8.24 rano na sennej toskańskiej stacyjce Terontola wsiedli do niego trzej funkcjonariusze policji kolejowej, by przeprowadzić rutynową kontrolę. W bezprzedziałowym wagonie siedziało tylko pięciu podróżnych: młode małżeństwo, samotna kobieta i jeszcze jedna, nierzucająca się w oczy para: niski, łysiejący mężczyzna koło czterdziestki i otyła kobieta o rozpuszczonych, brudnych włosach i ponurym spojrzeniu. - Wyglądała, jakby była w depresji - wspominali potem inni pasażerowie.
Sierżanci Emanuele Petri i Bruno Fortunato oraz szeregowy policjant Giovanni Di Franzo zbliżyli się do siedzącej w kącie wagonu dwójki. - Dokumenty proszę - powiedział Petri. Mężczyzna i kobieta spokojnie wyciągnęli dowody osobiste. Stojący z tyłu Di Franzo przez radio przekazał ich dane do sali operacyjnej we Florencji. Były w porządku. Jednak mężczyzna - prawdopodobnie obawiając się, że mimo to zostanie rozpoznany - wyciągnął pistolet i wymierzył prosto w twarz Petriego. - Oddajcie nam swoje pistolety, a wszystko się rozwiąże - powiedział spokojnie.
Fortunato rzucił broń, ale w momencie gdy kobieta pochyliła się, by ją podnieść, obydwojgu puściły nerwy. Zaczęli się mocować. Wtedy mężczyzna z zimną krwią strzelił Petriemu w szyję, zabijając go na miejscu. Potem trafił dwa razy Fortunata, ciężko go raniąc. Di Franzo, który nadal stał z tyłu, rzucił radio, wyciągnął pistolet i strzelił do łysego mężczyzny; potem rzucił się w kierunku kobiety, obezwładniając ją i wytrącając jej broń z ręki. Skuta kajdankami nie pokazała po sobie żadnych uczuć. - Była jak posąg. Jak sfinks. Miała takie zimne oczy - opowiadali przerażeni pasażerowie. Jej ranny towarzysz zmarł wieczorem w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Gdy zidentyfikowano zabitego mężczyznę i aresztowaną kobietę, w zawalonych papierami i dziesiątkami dyskietek gabinetach w Rzymie, Bolonii i we Florencji zapanowała euforia. - Trzeba znaleźć Maria Galesiego i Nadię Desdemonę Lioce - powtarzali od miesięcy szefowie komórki antyterrorystycznej. I właśnie ich znaleźli.
 

Drobny błąd, wielka wpadka

 

Galesi i Lioce wzbudzili podejrzenia, bo zniknęli bez żadnego przekonującego motywu. Galesi, członek Nuclei Comunisti Combattenti (Walczące Komórki Komunistyczne, NCC), pomniejszej lewackiej grupy działającej w latach 90., złapany po napadzie na pocztę uciekł w 1998 r. z aresztu domowego, choć zostało mu niewiele do odsiedzenia. W jego mieszkaniu znaleziono tajemniczą notatkę, która mogła być planem zamachu - scenariusz w niepokojący sposób przypominał późniejszy atak na Massima D'Antonę. Nadia Lioce zapadła się pod ziemię jeszcze wcześniej, w 1995 r., gdy policja aresztowała jej chłopaka, również członka NCC. W październiku 2002 r. sąd wydał nakaz aresztowania Galesiego i Lioce pod zarzutem przynależności do grupy zbrojnej.
- Jestem więźniem politycznym, bojownikiem Czerwonych Brygad. Odmawiam zeznań - tyle tylko miała do powiedzenia Lioce sędziemu. Policjanci w Bolonii, Rzymie i we Florencji mieli jednak pełne ręce roboty. Zawartość znalezionej przy terrorystach torby była więcej niż obiecująca - dwa palmtopy i telefon komórkowy.
Palmtopami zajęła się policja pocztowa. Po kilku miesiącach prób i błędów odkryła sposób na odzyskiwanie wykasowanych plików. - Jesteśmy lepsi od Amerykanów - cieszyli się policjanci. Dokumenty znalezione w palmtopach potwierdziły, że Lioce i Galesi byli członkami wywrotowej organizacji. Była w nich zawarta historia BR-PCC - jej fuzji z mniejszymi organizacjami, jej planów na przyszłość. Nie było jednak żadnych danych, które posunęłyby śledztwo do przodu - adresów ani nazwisk. Wszystko zastąpiono kryptonimami.
Ze znalezionego przy Lioce telefonu komórkowego też nie było wielkiego pożytku - dopiero niedawno został aktywowany.
 
 
http://www.corriere.it/Media/Foto/2007/06/12/lioce--180x140.jpg
 
(Nadia Desdemona Lioce)
 
 
Galesi nie żył, a Lioce milczała. Niewiele brakowało, żeby śledztwo znów utknęło w miejscu.
Nadię Desdemonę Lioce zgubił drobny błąd. Popełniła go, gdy zaniosła palmtop do naprawy. Dzięki znalezionej przy niej wizytówce śledczy trafili do firmy Graphocart. Tam na liście klientów terrorystka figurowała pod fałszywym nazwiskiem, ale numer jej telefonu był prawdziwy. Komórka, której poprzednio używała, była aktywna w 1999 r., gdy zabito D'Antonę.
Śledczych czekało teraz żmudne sprawdzanie, do kogo z niej dzwoniono. Na przełomie kwietnia i maja włoski Telecom przekazał im billingi - było na nich 40 tys. rozmów, z czego połowa z i do budek telefonicznych! Technicy policji pocztowej i informatycy Telecomu stworzyli program pozwalający na przetrawienie informacji, jakie ze sobą niosły billingi. Problemem okazało się zwłaszcza dokładne obliczenie długości impulsów przy rozmowach z budek - pomyłka powodowała, że podejrzenie kierowało się na Bogu ducha winnego obywatela, który telefonował tuż przed terrorystą lub zaraz po nim.
Gdy śledczy mieli już pewność, że na komórkę Lioce dzwoniono z karty telefonicznej o danym numerze, sprawdzali, jakie jeszcze numery wybierano z tej karty. A brygadziści, którzy nie zdawali sobie sprawy, że Telecom przez cztery lata przechowuje dane o rozmowach z kart, traktowali je z większą dezynwolturą niż komórki. I zdarzało im się, że podczas oczekiwania, aż D'Antona wyjdzie z domu albo z pracy, dzwonili do swoich żon, mężów i narzeczonych, którzy mieli telefony zarejestrowane pod prawdziwymi nazwiskami.
We Włoszech toczy się dziś dyskusja nad wchodzącą w życie nową ustawą o ochronie danych osobowych - zgodnie z nią dane o rozmowach telefonicznych lub o korzystaniu z internetu będą przechowywane tylko przez sześć miesięcy. Gdyby takie prawo obowiązywało wcześniej, nie udałoby się ustalić, do kogo dzwoniła ze swojej komórki Nadia Lioce w 1999 r. Dochodzenie w sprawie zabójstwa profesora D'Antony być może nadal tkwiłoby w martwym punkcie.
Jednak kiedy od wiosny tego roku prowadzący je funkcjonariusze szli tropem billingów Lioce, ustawy jeszcze nie było. Dlatego jedno z najtrudniejszych śledztw, z jakimi miała do czynienia włoska policja, mogło się zakończyć powodzeniem.

Nasz grubas terrorystą?
 

W piątek 24 października o świcie w Rzymie, we Florencji, w Pizie i w Poltu Quatu na Sardynii policjanci założyli kajdanki siedmiu osobom. Przypadek, ten wielki ironista, znów dał znać o sobie - siedmioro terrorystów aresztowano tego samego dnia, w którym weszła w życie reforma rynku pracy przygotowana przez Marca Biagiego.
Wszyscy prowadzili spokojne życie - mieli stałe posady, rodziny, które nic nie wiedziały o ich działalności. W żargonie dawnych Czerwonych Brygad byli "bojownikami nieregularnymi", w odróżnieniu od "regularnych" - ukrywających się przed organami ścigania i działających w "pełnym wymiarze godzin", jak Lioce i Galesi. Najmłodsza z aresztowanych Laura Proietti miała 30 lat. Gdy w 1978 r. Czerwone Brygady porwały Aldo Moro, była pięcioletnim dzieckiem. W śledztwie okazało się, że to do niej należał włos znaleziony w furgonetce, w której zabójca profesora D'Antony czekał na swoją ofiarę.
Najstarszy z grupy Marco Mezzasalma miał w momencie porwania Moro lat 19. W jego domu znaleziono dokument, w którym pisał: "Po aresztowaniu Lioce i śmierci Galesiego brakuje przywódców, regularnych bojowników, struktur logistycznych. Czerwone Brygady nie są już operatywne i będą potrzebowały czasu, by się zreorganizować". Sugerował, że trzeba stworzyć nową grupę uderzeniową, która będzie mogła zadać "cios w samo serce państwa".
Prowadzący śledztwo podejrzewają, że po strzelaninie w pociągu Mezzasalma stał się nowym przywódcą BR. Jego koledzy z pracy nie mogli w to uwierzyć - nazywali go "Leniwcem", bo miał wielki brzuch i poruszał się bardzo powoli. Podobno w ciągu 20 lat nikt nigdy nie widział, żeby biegł.
Mezzasalma, miłośnik jazzu i literatury angielskiej, dla policji był białą kartą - nigdy za nic niekarany, nienotowany. Od 20 lat pracował w amerykańskiej firmie, która produkuje systemy sterowania do używanych przez US Army helikopterów Black Hawk. Był odpowiedzialny za bezpieczeństwo informatyczne fabryki i miał wewnętrzny certyfikat bezpieczeństwa, który dawał mu dostęp do tajnych dokumentów. Przez pewien czas był też w swoim zakładzie przedstawicielem lewicowego związku zawodowego. Bez mrugnięcia okiem podpisywał z kierownictwem porozumienia ograniczające prawa pracowników, tłumacząc innym związkowcom, że "trzeba zostawić firmie margines zysku". Koledzy opowiadali, że kiedyś się zdenerwował, gdy ktoś inny dostał świąteczną premię w wysokości siedmiu milionów lirów. Był przekonany, że on również zasłużył na nagrodę, bo dobrze pracował.
Dopiero grzebiąc głębiej w życiorysie Mezzasalmy, śledczy wykryli, że w latach 80. miał kontakty ze środowiskiem NCC, w tym z narzeczonym Nadii Lioce. Mógł też zostać zwerbowany przez Antonia De Lucę, członka rzymskiej kolumny BR, który kiedyś pracował w tej samej amerykańskiej firmie.
Mezzasalma tworzył dla innych członków BR obsesyjne instrukcje - na przykład przeprowadzek z jednej kryjówki do drugiej, ze wskazówkami, jak prowadzić samochód i którędy jechać. Przypominał, żeby zabrali miotłę i ściereczki do kurzu. Podarte kartony kazał naprawiać taśmą klejącą.
O przynależność do Czerwonych Brygad trudno byłoby podejrzewać także Cinzię Banelli, 40-letniego technika laboratoryjnego. Gdy ją aresztowano, była w czwartym miesiącu ciąży. W swoim domu w Vecchiano koło Pizy miała telewizor z płaskim ekranem i sprzęt AGD najnowszej generacji, prawdopodobnie prezent od ojca, który wygrał dużą sumę w totolotka. Ze znalezionych w komputerach terrorystów plików wynika, że część tej wygranej Banelli przekazała organizacji. Jednak od czasu zamążpójścia miała wątpliwości co do swojej działalności w Brygadach, za co te wytoczyły jej wewnętrzny proces zgodnie z najlepszą totalitarną tradycją.
Koledzy Roberta Morandiego, technika radiologa ze szpitala we Florencji, również nie mogli uwierzyć w jego winę. - Jest roztargniony, powolny; zupełnie nie nadaje się na bojownika Czerwonych Brygad - mówili. Wiadomo jednak, że Morandi jako młody człowiek miał w latach 80. styczność z toskańskimi środowiskami lewackimi. Tylko on jeden spośród zatrzymanej siódemki ogłosił się więźniem politycznym. Potem dołączył do niego aresztowany tydzień później Simone Boccaccini, hydraulik z florenckiego magistratu.
 

Zostawcie antyglobalistów
 

Prowadzący śledztwo pokusili się o pierwsze podsumowania - z analizy rozmów prowadzonych przez aresztowanych wynika, że Massimo D'Antona był śledzony przez co najmniej 150 dni. Śledczy podejrzewają, że strzelał do niego Galesi, choć nie mają na to dowodów. Wciąż nie wiadomo, kto oddał strzały do Marca Biagiego. Policja i prokuratura szukają kolejnych dziesięciu-piętnastu osób, które musiały brać udział w operacjach grupy. Jest jednak mało prawdopodobne, żeby były wśród nich jakieś grube ryby.
Coraz więcej wiadomo też o narodzinach nowych Czerwonych Brygad - powstały w połowie lat 90. z Nuclei Comunisti Combattenti, w których działali Lioce i Galesi. Na użycie nazwy BR-PCC pozwolili im siedzący w więzieniach "niezłomni". Wszyscy aresztowani w Rzymie wywodzili się z kręgu Galesiego, Toskańczyków "wychowała" Lioce.
Trójka rzymian, w tym najmłodsza Laura Proietti, uczęszczała do nieistniejącego już centrum socjalnego Blitz w Rzymie, gdzie bywał również Galesi. Centra socjalne to miejsca podobne do naszych squatów, choć niekoniecznie zajmowane nielegalnie. Spotyka się tam młodzież ze środowisk ultralewicowych, organizując przeróżne akcje.
Były działacz centrum mówił dziennikarzom: - Minęło tyle lat, ale nikt sobie ich nie może wyobrazić jako terrorystów. Byli marzycielami jak my wszyscy.
Jednak na łamach dziennika "La Repubblica" Sergio Segio, eksprzywódca działającej równolegle z BR organizacji terrorystycznej Prima Linea, rzucił prowokacyjną tezę - podatnym gruntem dla nowych terrorystów są silne dziś we Włoszech ruchy antyglobalistyczne, które zasłynęły walką z policją i zdemolowaniem centrum Genui podczas szczytu G8 w 2001 r. Przywódcy antyglobalistów gniewnie zaprotestowali. - Ci, którzy strzelają, to szaleńcy zapatrzeni w epokę, która już nie istnieje - mówił jeden z nich Franco Caruso. Antyglobalistom przyznał rację prowadzący śledztwo prokurator: - Naszym zdaniem 99 proc. osób związanych z tym środowiskiem nie chce iść taką drogą.
Włoscy antyglobaliści chcą nowego porządku społecznego, zniwelowania społecznych różnic, ale nie wyznają jednolitej ideologii. Na razie nie wychodzą poza okazyjne demolki podczas kolejnych szczytów możnych tego świata. Jeśli już, to bliżsi terroryzmowi są anarchiści, którzy we Włoszech dokonują pomniejszych ataków bombowych i na razie nikogo jeszcze nie zabili, choć ostatnio przy otwieraniu "przesyłki" od nich stracił palce karabinier.
 

Czerwoni idioci

 

Dlatego Włochom wciąż trudno jest zrozumieć, czemu musieli zginąć Massimo D'Antona i Marco Biagi. Lewicowa intelektualistka Rossana Rossanda, która w latach 70. wywołała burzę, wywodząc terrorystyczne metody Czerwonych Brygad ze stalinizmu, stwierdziła po prostu, że bojownicy nowych BR są kompletnymi idiotami.
Francesco Merlo pisał w "La Repubblice": "Paradoksalnie czulibyśmy się lepiej, gdyby nowe BR były historyczną tragedią, a nie parodią; gdyby Cinzia Banelli i Laura Proietti naprawdę miały lodowate spojrzenie opisywane w tamtych czasach przez co bardziej leniwych dziennikarzy przy każdym kolejnym aresztowaniu, a nie niewyrażające nic spojrzenie rodem z miejskiej psychopatologii".
Inny komentator nazwał brygadzistów "księgowymi śmierci". W komputerze Morandiego znaleziono plik dotyczący przygotowań do zamachu na Marca Biagiego. Profesor był w nich określany jako "obiekt", a przygotowania były przeprowadzane z taką samą maniakalną dokładnością jak przeprowadzki. "Zbadać, jaki typ hałasu wydają drzwi do kamienicy Biagiego". Zbadano, że słychać je z odległości 10 m.
Z więzienia w toskańskim Sollicciano Nadia Desdemona Lioce pisała do swojego byłego narzeczonego listy z instrukcjami, jak ma wyglądać nagrobek Galesiego: prosty, marmurowy i odporny na szkody wyrządzane przez wandali.
Gdy Mario Galesi zginął w strzelaninie w pociągu, nikt z rodziny nie zgłosił się po jego ciało.
Teraz Nadia Lioce śle z więzienia deklaracje wspierające walkę irackich partyzantów z "imperialistycznym najeźdźcą".Na via Salaria pod tablicą na murze Villi Albani upamiętniającą profesora D'Antonę w każdą rocznicę zamachu ludzie składają kwiaty.


Miłada Jędrysik

 

 

Zmieniony ( Piątek, 17 Październik 2008 10:38 )
 
" Moim zdaniem nie ma obecnie w społeczeństwie życia publicznego, gdyż zakłada ono istnienie świadomych jednostek dysponujących umiejętnością krytycznego myślenia, będących w stanie poddawać rządzących krytycznej ocenie, sprawować nad nimi kontrolę i prowadzić prawdziwą debatę publiczną. Jeżeli istnieje jakiekolwiek życie publiczne, to nosi ono znamiona przywileju, natomiast życie publiczne kształtowane w mediach, ośrodkach manipulacji, organach codziennej produkcji i reprodukcji, de facto je likwiduje. Co do nas, to musimy za każdym razem na nowo powoływać je do życia poprzez dyskusje i działania, po to by przeniknęło do całego społeczeństwa, do obszarów, na których nie istnieje."

Rudi Dutschke

bottom